Sobotni wieczór, ukryte na tyłach kina Tęcza studio Suffit na warszawskim Żoliborzu budzi się do życia. Powoli schodzą się artyści, ktoś przegląda fotografie, ktoś inny przynosi butelki. Wśród fotografów Przemek Dzienis, z którym spędzimy następnych kilka godzin.
Czasu jest sporo, choć fotograf kalendarz ma napięty. Ledwo zakończyła się jego wystawa w Szczecinie, a już otworzyła się kolejna w #LookoutGallery w Warszawie.
Ciekawie robi się już w drodze do pracowni. Nad budynkami wznosi się wysoki komin, za nim półokrągła olbrzymia fasada. Studio Suffit to pozostałość po legendarnym kinie Tęcza, które, choć nie do odratowania, zostało z pożytkiem wykorzystane i oddane w ręce artystów. W dobudówce, służącej kiedyś za kotłownię kina, zagnieździli się fotograficy w większości związani z łódzką filmówką, m.in. Przemek Dzienis. To tu można było spotkać Bownika i Pawła Fabiańskiego opowiadających o swoich zdjęciach. Latem przewija się sporo znajomych, dla których wizyta w Sufficie to jedyna okazja zobaczenia prac młodych fotografów. – Nie ma tygodnia, żeby przez studio nie przewinęli się jacyś muzycy, którzy chętnie kręcą u nas teledyski – tłumaczy Dzienis, wskazując na olbrzymi biały korner, łudząco podobny do tła z teledysku Beyonc „Single Ladiesh. – Miejsca mamy sporo – dodaje. Rzeczywiście. Przestrzeń jest olbrzymia, nad głową zapas kilku metrów, zmieściłyby się ze dwa piętra. W tygodniu w hali przy Suzina pracuje nawet po kilka osób. W weekend przestrzeń nabiera domowego charakteru. Kilometry kabli, które plączą się pod nogami, lampy, kilka komputerów, statywy – to wszystko idzie w odstawkę. Można zasiąść na kanapach. Przemek i filmowiec Janek Wąż piją cydr. – Ktoś przyniósł i tak stoi parę kartonów. Tu takie rzeczy się nie marnują – żartuje Dzienis.
Rojek i balony
Przez dziesięć lat grał w hokeja. Wtedy jeszcze mieszkał w Toruniu. – Kolana bolą do tej pory. Nie wyszło, zresztą kariera hokeisty w Polsce, o ile to możliwe, wygląda jeszcze gorzej niż dola artysty – stwierdza Przemek. – Po paru latach na łyżwach uznałem, że czas z tym skończyć i zacząć studia – przyznaje. Padło na filozofię, ale i ten strzał szybko okazał się pudłem. Kolacje z Heideggerem i wycieczki po Królewcu z Kantem zamienił na parę miesięcy w ciężarówce, na szwajcarskich skłotach i w miejscach, gdzie prawdopodobnie nie odnalazłby się ani sportowiec, ani kawiarniany filozof. Podczas podróży poznał Fanni, swoją obecną dziewczynę, a dorywcza praca w przypadkowych miastach zaowocowała pierwszym cyklem fotografii dokumentalnych. – Dzięki tym zdjęciom dostałem się na wydział fotografii łódzkiej filmówki – przyznaje.
Więcej o Przemku Dzienisie możecie przeczytać w najnowszym numerze naszego magazynu TUTAJ.


