Są takie #potrawy, które smakują tylko na określonych szerokościach geograficznych. Najbardziej podła bryndza w górach będzie przysmakiem, najtłustsza #rybka – morskim rarytasem, a najnudniejsza w smaku babka ziemniaczana przyprawi nas o dreszcze na Podlasiu. Takie, jak widać, prawo natury. Jednak nawet matkę naturę czasem próbuje się oszukać. Kiedy dowiedziałam się, że na bazarze przy Hali Mirowskiej wylądowała rybka z #Ustki, byłam podekscytowana. W końcu nic tak nie budzi wspomnień lata, jak smak flądry, fryteczek i sałatki z kapusty. Wszystko doprawione piwem albo klasyczną już herbatką z cytrynką. Marzenie.
#Lokal, który mieści się na tyłach hali, do tej pory był jedynie sklepem rybnym. Od lata można tu też zjeść na miejscu. Choć miejsca niestety nie za wiele. #Ryby w sklepie są tak dobre, że kolejka ciągnie się na zewnątrz. Trzeba więc jeść szybko, między paltem a akwarium. Na plastikowym stoliku upapranym tłuszczem i solą, wśród sprzedawców, kupujących i siat. W takich warunkach usłyszeć szum morza trudno. Ale nie o atmosferę, lecz o rybkę tu chodzi. Wybór jest spory i „jeszcze ruszający się”. Część #ryb pływa w basenie, część już jest na lodzie. Można wybrać ulubienicę i poprosić o odkrojenie odpowiedniego kawałka. Ceny raczej warszawskie niż z Ustki, ale też bez przesady. Za 100 g dorsza zapłacimy 6 PLN, za łososia 8 PLN, a okonia 5 PLN. Trzeba tylko pamiętać, że ryby ważą swoje.
Wybrany kawałek trafia na patelnię i podawany jest w asyście frytek i suróweczki. Do picia, cytując sprzedawcę: „Woda z kranu, herbatka, kawka”. Czyli klasycznie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie prawo natury właśnie. Rybki lubią morze i tylko nad #morzem człowiek je może. Inaczej mu jakoś ciężko, tłusto i byle jak. Warto wpaść raz, żeby poczuć klimat jak z GS-u. Na dłuższą metę jednak jest to ryzykowne. #Lokal byłby dobry na kaca, ale niestety w niedziele jest zamknięty. Czasem lepiej „na wynos”, niż „na miejscu”. Stary olej się mści.

