Z zimnej, szarej ulicy wchodzimy do ciepłego, jasnego wnętrza. Aż się ma ochotę założyć okulary przeciwsłoneczne i wskoczyć w kostium kąpielowy! Z głośników sączy się skoczna, niezobowiązująca muzyka, z sufitu zwisa oryginalny ślizgacz Waldemara Marszałka. Nazwa knajpki przy ulicy Kruczej 17 nie pochodzi od sopockiego mola, ma przypominać lata, kiedy Warszawiacy spędzali wolny czas nad Wisłą. Dlatego na ścianie namazana jest lekko kiczowata syrenka, a w ką tach poupychano przer óżne plażowe akcesoria: pił ki, rakiety do badmintona i materac dmuchany. Molo jest miejscem, w kt órym znużeni restauracyjnym jedzeniem zapracowani warszawiacy mogą się odprężyć i porządnie najeść. Domowe potrawy przyrządzi dla nich profesjonalna mama. W menu są więc tradycyjne zupy: rosół (7 PLN), pomidorowa (8 PLN), żurek (9 PLN) oraz pyszne pierogi (11 PLN za siedem sztuk) czy kotlet schabowy z kapustą i ziemniakami (27 PLN) Dla tych, co w domu zwykli marudzić przy stole, zostały przewidziane dania nie wywodzące się z kuchni polskiej. Są wię c r óżnego rodzaju penne i spaghetii (16-19 PLN), tosty (10 PLN), kanapki (9-14 PLN), naleśniki (12-16 PLN), no i z racji tego, że restauracja została ochrzczona Molo, nie mogło zabraknąć w niej też ryb (24-31 PLN). Codziennie serwowane są inne zestawy lunchowe (12-16 PLN). Do dań głównych podawana jest darmowa lampka wina, a jak ładnie poprosić, to nawet i dwie. Ale już nie trzy i nie cztery. Pięć też nie wchodzi w grę, bo na Molo z alkoholem przesadzać nie wolno!
tekst i foto: Gosia Gałązka
