Wiktor Piątkowski: „Stawiamy na kobiece kino i debiutantki”

Scenarzysta „Mniej obcy” – spodziewanego hitu Netflixa o Janku Borysewiczu – i producent „Kalafiora przeznaczenia”, „Miłych kobiet” oraz „Sick”.  Rozmawiamy o kobiecych historiach opowiadanych przez kobiety, partnerskiej relacji ze scenarzystkami i szukaniu „haka”, który nie pozwala o sobie zapomnieć.

Trzy różne historie, trzy różne bohaterki – zbuntowana pracownica warzywniaka, kobieta dźwigająca cały dom i córka w podróży do korzeni. Żadna z nich nie funkcjonuje w hierarchii – wszystkie budują relacje oparte na partnerstwie, a nie na podporządkowaniu. Czy produkując te historie dostrzega Pan właśnie ten poziomy, niehierarchiczny rys w tym, jak dziś polskie kino próbuje opowiadać o kobiecym doświadczeniu?

Bardzo cieszy mnie, że polskie kino w ostatnich latach coraz mocniej interesuje się historiami kobiet, ich rozwojem i relacjami nie tylko z mężczyznami, ale przede wszystkim z innymi kobietami. Mam wrażenie, że na razie te filmy pojawiają się głównie na festiwalach, ale sądzę, że niedługo zaczną się też przebijać do masowego widza poprzez serwisy streamingowe i tradycyjne stacje telewizyjne. Mamy coraz więcej wspaniałych scenarzystek i reżyserek i warto dawać im szansę, również w kinie komercyjnym.

W tym roku widzowie poznają Pana przede wszystkim jako scenarzystę „Mniej obcy” – spodziewanego hitu Netflixa o Janku Borysewiczu – oraz producenta takich filmów jak „Kalafior przeznaczenia”, „Miłe kobiety” i „Sick”, w których centrum znajdują się kobiece bohaterki budujące relacje oparte na wzajemności, a nie na hierarchii. Skąd ta przewaga horyzontalnych, kobiecych historii w Pana najnowszych projektach?

W Bahama Films od zawsze stawialiśmy na kobiece kino. Nasze wszystkie dotychczasowe produkcje zostały wyreżyserowane przez kobiety, do tego debiutantki, bo uważamy, że dzięki temu jest w nich autentyczny kobiecy punkt widzenia na sprawy, które dotyczą kobiet, ale nie tylko. Staramy się zawsze opowiadać najciekawsze historie, nie kierując się tym, jakiej płci jest główny bohater lub scenarzysta czy reżyser, ale rzeczywiście ostatnio królują u nas kobiety.

Jak wygląda z Pana perspektywy – producenta, a nie autora tych scenariuszy – praca nad historiami, w których to kobiece emocje i kobiecy punkt widzenia są motorem fabuły? Czy stawia Pan w tej współpracy na relację poziomą ze scenarzystkami – partnerski dialog zamiast producenckiej hierarchii?

Na pewno to są mocno autorskie historie i fakt, że stoją za nimi kobiety opowiadające o kobietach, daje im większą moc i prawdę. Mamy w firmie wspaniałą konsultantkę scenariuszową i szefową developmentu, która świetnie opiekuje się pracującymi dla nas autorkami. Dajemy im czas i dużo wolności twórczej, uważnie ich słuchamy, ale też prowadzimy szczery dialog, dzieląc się swoimi uwagami. Na pewno kilkanaście lat pracy jako scenarzysta pomaga mi w rozmowach z twórcami, ale zależy nam, żeby przez ekran przebijał się ich mocno autorski głos.

Reżyserski debiut w „Kalafiorze przeznaczenia” i „Miłych kobietach” należy do kobiet – odpowiednio Anny Urbańczyk oraz duetu Marii Wojtyszko i Jakuba Krofty. Czy to świadoma decyzja, by budować zespół na zasadach poziomych – kobiece historie opowiadane przez kobiety – czy raczej naturalny efekt tego, jakie scenariusze trafiają dziś na Pana biurko?

Historie tych dwóch filmów są różne. W przypadku „Miłych kobiet” to Marysia Wojtyszko napisała scenariusz i wspólnie zdecydowaliśmy, że powinna ona współreżyserować ten film razem ze swoim partnerem, Kubą Kroftą, gwarantując przełożenie na ekran wszystkich atutów tego projektu. Natomiast w „Kalafiorze przeznaczenia” mieliśmy świetny scenariusz napisany na naszych warsztatach scenariopisarskich i zdecydowaliśmy się poszukać reżyserki wśród absolwentek naszych warsztatów. Ze wszystkich kandydatek Ania Urbańczyk zrobiła na nas najlepsze wrażenie i od razu poczuliśmy, że świetnie czuje ten projekt. Zależało mi na tym, żeby projekt reżyserowała kobieta – ze względu na główną bohaterkę, jej matkę i skomplikowaną relację obu kobiet.

W „Kalafiorze przeznaczenia” bohaterka szuka wsparcia u… przemawiającego warzywa, które stopniowo zaciera granicę między pomocą a manipulacją – relacja, w której trudno wskazać, kto tu naprawdę komu pomaga. Co w tej historii najbardziej Pana przekonało, by zainwestować w tak odważną metaforę wewnętrznego głosu?

Pamiętam, jak na warsztatach scenariopisarskich, które prowadziłem, późniejszy scenarzysta tego projektu, Emil Miszkowicz-Adamowicz, zapytany, czy ma pomysł na film, nad którym chce pracować, odpowiedział, że nie ma jeszcze pomysłu na fabułę czy bohaterów, ale ma tytuł filmu – „Kalafior przeznaczenia”. Już wtedy mnie zaintrygował i dostrzegłem potencjał w tym projekcie. W Bahama Films zawsze stawiamy na odważne historie, nie boimy się ryzykować. Dajemy szanse debiutantom i realizujemy projekty, które się wyróżniają.

„Miłe kobiety” to opowieść o kobietach, które muszą ogarniać dosłownie wszystko – niewidoczna praca rozłożona poziomo między wieloma bohaterkami, a nie skupiona na jednej – z elementem magicznym w tle. Jak, produkując ten film, patrzył Pan na tę codzienną, często niewidoczną pracę emocjonalną, którą wykonują kobiety?

Od początku był to wyjątkowy projekt, bo jego autorką jest moja koleżanka ze studiów, z którą byliśmy w jednej grupie prawie 20 lat temu w Łódzkiej Filmówce. Marysia na samym początku powiedziała, że to jest film o kobietach dla kobiet, ale też i dla mężczyzn. Wydaje mi się, że za „miłymi kobietami” często stoją też „mili mężczyźni”, a może dzięki naszemu filmowi będzie ich więcej. Pomimo dominacji wspaniałych kobiet, niesamowite kreacje aktorskie Dobromira Dymeckiego i Marcina Czarnika sprawiają, że bohaterowie męscy tego filmu na pewno będą dobrze zapamiętani.

„Być tu oto” to film drogi, w którym córka rusza przez pół Europy, by poznać ojca, którego nigdy nie widziała – od wanny w Polsce po ocean w Portugalii. Relacja matki i córki, którą opowiada ten scenariusz, rozgrywa się na równych prawach, bez jednej dominującej strony. Co w niej poruszyło Pana najbardziej?

Niesamowita prawda. Już po pierwszym przeczytaniu scenariusza dostrzegłem pełnokrwiste kobiety, a nie papierowe postaci filmowe. Czułem się, jakbym jechał z nimi w tę podróż. To piękna, kameralna historia, którą trzeba było opowiedzieć na filmowym ekranie.

Przy tylu projektach naraz – od rockowej biografii po intymne, kobiece historie budowane w duchu partnerstwa, a nie hierarchii – jak Pan sam określiłby to, co dziś najbardziej Pana w kinie interesuje jako producenta?

Przede wszystkim szukam tak zwanego haka, czegoś, co sprawi, że wśród tysięcy potencjalnych historii i bohaterów ten jeden zwraca moją uwagę, wyróżnia się, siedzi długo w głowie, nie pozwala o sobie zapomnieć. Poza tym jako scenarzysta często nie byłem w stanie przez wiele lat znaleźć właściwego producenta, który uwierzyłby w projekt i miał odwagę zaryzykować. Chciałbym, żeby moja firma była takim producentem dla młodych scenarzystek i scenarzystów.

Zdjęcia: Materiały prasowe

-->