Warszawski Modernizm

Od przemyślanych układów po wspólne pralnie, świetlice, marmurowe klatki schodowe i łazienki – o najbardziej uwielbianym stylu architektury opowiada Jarosław Trybuś, historyk sztuki, wicedyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie i współautor książki „Warszawski modernizm” ze zdjęciami Michała Łukasika.

Katarzyna Straszewicz: Gdyby student architektury chciał w jeden dzień obejrzeć w pigułce warszawski modernizm, co powinien zobaczyć?

Jarosław Trybuś: Myślę, że powinien zobaczyć kilka typów budynków, bo modernizm jest zjawiskiem rozległym i wieloaspektowym. To nie tyle styl, ile sposób rozwiązywania zagadnień projektowych, który w słabszych realizacjach bywa redukowany do powierzchownych form. W przypadku Warszawy mamy wiele znakomitych przykładów modernistycznego sposobu myślenia, trafnie zastosowanego do obiektów o różnych przeznaczeniach. Jeśli wskazać najważniejsze rodzaje budynków powstających w okresie modernizmu, czyli w drugiej połowie lat 20. i w latach 30. XX wieku, byłyby to przede wszystkim obiekty użyteczności publicznej, często siedziby urzędów najwyższej rangi. Wynikało to z faktu, że Warszawa w tamtym czasie nadrabiała braki po okresie zaborów, kiedy nie była stolicą. Po odzyskaniu stołeczności musiała stworzyć zaplecze dla instytucji państwowych. To bardzo istotna grupa często spektakularnych realizacji. Drugą, niezwykle istotną dla historii miasta, są budynki mieszkalne. Po okresie zaborów, Warszawa borykała się z dramatycznym niedoborem mieszkań.

Współczesna Warszawa mierzy się z podobnymi problemami?

To cecha stolic – napływ ludności zwykle przewyższa możliwości budowlane. W dwudziestoleciu międzywojennym to zjawisko dramatyczną skalę. Z deficytem mieszkań próbowano sobie radzić na różne sposoby. Z jednej strony w efekcie wprowadzenia w 1933 roku korzystnych dla inwestorów ulg podatkowych powstało sporo domów luksusowych, z drugiej, prężnie działające spółdzielnie zlecały w wielu przypadkach odważne i innowacyjne projekty domów dla ludzi o cieńszych portfelach. Trzecią istotną grupę stanowiły obiekty użyteczności publicznej, służące codziennemu życiu, takie jak szkoły. I to właśnie te trzy obszary: reprezentacyjne gmachy państwowe, budownictwo mieszkaniowe oraz architektura użyteczności publicznej najlepiej pokazują odcienie warszawskiego modernizmu i z pewnością warto je zobaczyć.

Gmachy urzędów i kamienice modernistyczne zachowały się między innymi w Alei Szucha, a budownictwo spółdzielcze?

Głównie na Żoliborzu, gdzie powstało kilka kolonii mieszkalnych, ale także na Rakowcu i Kole. To obiekty szczególnie ważne, choć może w mniejszym stopniu cieszą oko, gdy uświadomimy sobie, jak precyzyjnie, mądrze i ekonomicznie odpowiadały na potrzeby mieszkańców. To zwykle osiedla z małymi, higienicznymi, dobrze doświetlonymi i przewietrzonymi mieszkaniami, z których – ze względów ekonomicznych – wyprowadzono na zewnątrz niektóre funkcje. Wspólne pralnie, świetlice czy place zabaw organizowano jako przestrzenie współdzielone, co nie obciążało samych mieszkań a jednocześnie sprzyjało budowaniu wspólnoty. Ten model zamieszkiwania sprawdzał się – choć dziś w dużej mierze został zapomniany.

Czy modernizm był czasem wypracowywania norm, które do dziś kształtują architekturę?

Tak, w tym okresie zaczęto formułować zasady, które później stopniowo wprowadzano w regulacjach. To wtedy narodziło się marzenie o ułatwiającej życie standaryzacji obejmującej wszystkie elementy otaczającej nas rzeczywistości. To marzenie doczekało się spełnienia parę dziesięcioleci później – a teraz wszyscy jesteśmy jego beneficjentami. Dążenie do określenia realnych potrzeb człowieka i projektowania rzeczy ergonomicznych i oszczędnych to jedno z kluczowych osiągnięć modernizmu. Myślę, że najbardziej wymownym i wciąż obecnym w naszym życiu przykładem jest tak zwana kuchnia frankfurcka Margarete Schütte-Lihotzky, zaprojektowana z myślą o tych którzy przygotowują posiłki, z blatami dostosowanymi do wzrostu użytkowniczki i funkcjonalnym, logicznym układem mebli odpowiadającym logice gotowania i minimalizacji wysiłku osoby gotującej. Dziś to wydaje się oczywiste, ale nie zawsze tak było.

Jakie normy dotyczyły wysokości i proporcji przestrzeni mieszkalnych?

Moderniści pracowali nad tzw. minimum egzystencjalnym, czyli wyznaczeniem takich parametrów przestrzeni, światła i wysokości, które byłyby oszczędne, ale wystarczające dla człowieka i jego komfortu. Stąd próby określenia średnich wymiarów ciała, czego przykładem jest Modulor Le Corbusiera, model oparty na sylwetce amerykańskiego policjanta o wzroście 183 cm.

Hojnie…

I to bardzo. Le Corbusier po wizycie w Stanach Zjednoczonych trafnie przewidział, że nasz świat pójdzie w kierunku, w którym zmierzała już wtedy Ameryka. Za wzór dla przyszłości wybrał amerykańskiego mężczyznę mimo, że w Europie ludzie byli wtedy znacznie niżsi. Mówimy więc po prostu o próbie zgrania potrzeb ciała ludzkiego i jego otoczenia; próbie opartej na uważnych obserwacjach i racjonalnych wyliczeniach.

Skąd więc te marmury w modernistycznych budynkach?

To był wabik na zamożnych najemców, który do dziś stosują deweloperzy. Może rozmach jest teraz mniejszy, ale zasady przyciągania klientów pozostały są te same. Warto wspomnieć, że różne rodzaje kamieni wykorzystywanych w realizacjach połowy lat 30. pochodziły z polskich kamieniołomów. Ulgom dla inwestorów towarzyszyły cła nałożone na kamienie przywożone z Czechosłowacji czy z Włoch. W ten sposób wzmocniono krajowe kamieniołomy, a było ich sporo, bo i II RP była krajem rozleglejszym niż obecna Polska. W budynkach państwowych użycie kamienia tłumaczono też wymiarem symbolicznym, podkreślać miało zasobność państwa.

Architekci byli Polakami?

Mieliśmy pierwsze pokolenie architektów wykształconych już w Polsce, które w latach 20. i 30. mogło pokazać, czego się nauczyło. Wcześniej, ze względu na brak szkół politechnicznych na ziemiach polskich w czasie zaborów, architekci kształcili się w Poczdamie, Petersburgu czy Wiedniu.

Jaki był udział kobiet w tym gronie?

Kobiety w tamtym okresie mogą się kształcić i dochodzą w architekturze do głosu a ich głos jest ważny. Było wśród nich kilka silnych, wyrazistych osobowości. Jadwiga Dobrzyńska, pracująca z mężem Zygmuntem Łobodą, Helena Syrkusowa czy Barbara Brukalska to architektki świadome tego, co się działo w kręgach awangardy w Europie, utrzymujące kontakty międzynarodowe. Takich postaci było więcej.

Czym polski modernizm wyróżniał się na tle tego, co w tamtym czasie działo się w Europie?

Po latach przyglądania się architekturze i badania jej myślę, że wykształcił się tu, w Warszawie, specyficzny język projektowania, którego kluczową cechą jest powściągliwość. Tej powściągliwości często towarzyszy wdzięk. Obie te kategorie mogą wydawać się mgliste, ale będę przy nich obstawał.

Skąd więc obecność dekoracyjnych elementów, jak płaskorzeźby na fasadzie Banku Gospodarstwa Krajowego?

To wyjątki, biorące się z ludzkiej potrzeby dekorowania. Modernizm opiera się na prostocie rozwiązań, szczerości konstrukcji i materiału, oraz wzajemnych relacjach płaszczyzn i brył. W krótkim czasie odbiorcy, przyzwyczajeni do bogato zdobionych XIX-wiecznych kamienic, musieli zaakceptować gładkie, uproszczone formy. Nie było to łatwe, bo architektura zawsze niosła dodatkowe znaczenia. Jej „uroda” w modernizmie opiera się na zupełnie innych idiomach podobnie jak jak w malarstwie abstrakcyjnym, to nie zawsze wystarczało. Dlatego czasem pojawiały się dekoracje, które były jak broszka przypięta do prostej formy. Takim przykładem są płaskorzeźby Jana Szczepkowskiego na gmachu BGK, czy dekoracje malarskie w gmachu Wojskowego Instytutu Geograficznego w Alejach Jerozolimskich czy w harnasie w holu domu Wedla.

Autorką była Zofia Stryjeńska?

Któż by inny? Życie górali było wtedy bardzo modnym tematem.

Czy w warszawskim modernizmie zastosowano innowacyjne rozwiązania techniczne?

Ważna była konstrukcja budynku, dążono do tego, by była słupowa, czyli żeby obiekty opierały się nie na ścianach, tylko na słupach. Rzadko się to udawało, bo było to rozwiązanie nowe i wymagało zastosowania żelbetu. Są jednak przykłady takich realizacji, zwłaszcza w projektach Juliusza Żurawskiego, który chętnie sięgał po nowinki technologiczne. Wprowadzano też udogodnienia, takie jak domofony, garaże, zsypy na śmieci czy windy, a łazienka stawała się standardem.

W jakim stanie zachowała się ta architektura?

Przykładów modernizmu międzywojennego przetrwało w Warszawie stosunkowo dużo. Po pierwsze dlatego, że te budynki były solidne i mniej łatwopalne, dzięki czemu miały większą szansę przetrwać wojnę. Po drugie dzielnice, w których powstawały – Śródmieście Południowe czy część Mokotowa – były mniej niszczone, bo w czasie okupacji zajęli je Niemcy jako nowe i wygodne. Najsmutniejsze są zniszczenia powojenne. Wydaje się, że jako społeczeństwo nie mamy wystarczającego szacunku do tego, co ocalało i zbyt często i bez refleksji zastępujemy stare nowym. Z jednej strony deklarujemy przywiązanie do historii, z drugiej skala dewastacji jest większa niż w wielu miastach starej Europy.

Czy wybór fotogenicznych obiektów nie zniekształca obrazu modernizmu?

Książka rządzi się swoimi prawami. Michał zrobił setki, jeśli nie tysiące zdjęć, więc trzeba było wyselekcjonować te, które niosą najwięcej informacji, a jednocześnie są atrakcyjne wizualnie. To nie jest katalog architektury tamtego okresu, tylko wybór oparty na reprezentatywności budynków i urodzie ich fotograficznych przedstawień.

Co architektura mówi o życiu mieszkańców Warszawy tamtego okresu?

Zacznę od sprawy chyba najmniej oczywistej – najbardziej awangardowe projekty bywały trudne w użytkowaniu. Powstawały w czasie, gdy brakowało dostosowanych do nowoczesnych wnętrz lekkich mebli i sprzętów. W efekcie nowoczesne wnętrza często były wypełnione ciężkimi mieszczańskimi meblami o zgoła innym charakterze. Oczywiście, to nie dotyczyło tych najbogatszych. Do tego ograniczenia technologiczne nader często negatywnie wpływały na jakość życia tam, gdzie architekci stosowali nowe, eksperymentalne rozwiązania. Żurawski w swoich domach stosował na przykład czasem metalowe ramy okienne. Wyobraźmy sobie jakie to musiało być nieszczelne w czasach bez dobrych uszczelek i zespolonych szyb. Warto spojrzeć na tę architekturę również pod, pod tym kątem. Już się przyzwyczailiśmy do niej, jest z nami od prawie 100 lat, ale wtedy, kiedy te budynki powstawały, było wiele trudności, z których nie zdajemy sobie obecnie sprawy.

A trudności w dostępie do materiałów?

Oczywiście, weźmy na przykład balustrady. Moderniści nie chcieli kutych balustrad a inne nie były produkowane – to wymuszało improwizację i inwencję. Często używano zatem rurek gazowych, co widać choćby w willi Brukalskich na Żoliborzu.

Skąd dzisiejsza popularność modernizmu?

Ta moda trwa od przynajmniej dwóch dekad i ma różne odcienie i złożone źródła. W pewnej mierze wynika z przekonania, że przeszłość, zwłaszcza epoka naszych dziadków, była lepsza, niż nasze czasy. Jest też prostsze wyjaśnienie, że ta architektura po prostu się podoba. Dla mnie istotną cechą modernizmu jest fakt, że ten nurt wierzył w przyszłość. Cały ten system myślenia i rozwiązywania różnych zagadnień projektowych był nakierowany na stworzenie idealnego albo przynajmniej lepszego świata i wszyscy, którzy uczestniczyli w tym ruchu, wierzyli w to. Modernizm był przepojony wiarą w przyszłość.

 

Zdjęcia: Michał Łukasik / mat. Prasowe

Zdjęcie Jarosława Trybusia: Ignacy Matuszewski

-->