Zrób to sam

„Moja walka”
Karl Ove Knausgård
Wydawnictwo Literackie

„Chociaż walizka była ciężka, do hali odlotów zaniosłem ją za rączkę. Brzydziłem się kółkami. Po pierwsz były kobiece, a więc niegodne mężczyzny (…), a po drugie stwarzały wyobrażenie łatwości, drogi na skróty, oszczędności, rozsądku, którymi się brzydziłem i którym przeciwdziałałem wszędzie, gdzie tylko mogłem, nawet wtedy gdy dotyczyło to drobiazgów i nie miało żadnego znaczenia. Dlaczego mielibyśmy żyć w świecie, nie znając jego ciężaru?”. O Karlu Ove Knausgårdzie, Norwegu, który swoją sześciotomową powieścią „Moja walka” zrobił absoluntą literacką furorę, trudno pisać, nie pokazując, jak pisze. Krzysztof Varga w brawurowej recenzji pierwszego tomu powieści napisał „Tytuł z Hitlera, metoda z Ikei” i w tym jednym zdaniu ujął wszystko to, co w powieści Knausgårda zachwyca. Historia jest prosta jak elementy kanapy Bedinga. Jest ojciec alkoholik, jest dorastanie na norweskiej prowincji i trudne relacje z bliskimi. Nieudane małżeństwo, zerwany kontakt z bratem, problemy z dziećmi. Scenariusz nowelowy, ale wykonanie brawurowe. „Moja walka” to powieść w najczystszym tego słowa znaczeniu. Wciągająca, wielowątkowa i wiążąca nas z bohaterem. Bohaterem wyjątkowym, bo jest nim sam autor, który w swoim dziele nikogo nie oszczędza. Powieści, która jest absolutnym bestsellerem w Norwegi, wywołała falę prostestów ze strony rodziny pisarza. Część z nich skończyła się w sądzie. Knausgård nie zna słowa przebacz. I choć z pozoru wydaje się, że powieść, a przynajmniej jej pierwszy tom, który jest już do dostania w Polsce, raczej opowiada o drobiazgach, to w właśnie jak w przywołanej ikeowskiej kanapie, małe elemnty składają się na bardzo konkterną całość. Knausgård był porównywany do Prousta i Bernharda, ale nie dajcie się oszukać tym marketingowym chwytom. To rzecz nowa i zupełnie osobna. We współczesnej literaturze raczej nie spotykana. Bo mało kto w dzisiejszym twitterowym świecie może pozowlić sobie, żeby ot tak usiąść i opisać wszystko, co czuje. Nie przejmując się ani objętością, ani tym, co powie jego wydawca. Choć początkowo Knausgård książki nie chciał wydać. Pisał – wiem, brzmi to banalnie – dla siebie. Fakt, że powieść „z pamiętniczka”, która opowiada o życiu wcale nie innym od naszego, osiąga taki wielki sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny, to wystarczający argument za tym, żeby po nią siegnąć. I po swojemu ją zmontować. Elementów wystarczy. [Olga Święcicka]

KSIĄŻKA
5A!

Dodaj komentarz

-->