Prawdziwi piraci z prawdziwego zdarzenia

Wczoraj do sprzedaży trafiło DLC do najnowszej odsłony kultowej już gry Assasin’s Creed. #AC4 #BlackFlag kosztowało mnie kilkadziesiąt godzin życia i dużo krzyków mojej dziewczyny.

Mój związek z serią o asasynach jest bardzo specyficzny. Przy okazji każdej kolejnej odsłony serii niby nie mogę się doczekać jej premiery, ale z drugiej strony żyję w przekonaniu, że nic wielkiego by mi się nie stało gdyby jednak nowy #AC nie trafił na ekran mojego komputera. Potem wkładam płytę z grą do mojego Xboxa i cucę się kilka dni później maksując wszystko, co do zmaksowania jest możliwe. Rok temu bez mrugnięcia okiem dałem Asasynowi 5/5, mimo że nie był on grą idealną, jednak zmiany jakie zachodziły w serii (bitwy morskie ftw.) na tyle mnie nastawiły pozytywnie, że nie znalazłem powodu, aby obniżyć ocenę nawet o jeden (mimo, że finał historii Desmonda niezbyt przypadł mi do gustu). Reakcja fanów na to, że mogą sobie wsiąść na statek popłynąć przez morze i postrzelać do wrogich jednostek była tak pozytywna, że #Ubisoft postanowił kolejną część gry poświęcić w całości piratom.

Nasza historia w #AC4 zaczyna się, gdy po raz pierwszy przekraczamy progi #AbstergoIndustries – producenta gier komputerowych opartych na prawdziwych wspomnieniach nieżyjących już ludzi. Aby otrzymać te wspomnienia, pracownicy #Abstergo muszą korzystać z Animusa (dla tych, którzy nie grali w żadną odsłone #AC Animus to program, który pozwala wniknąć człowiekowi we wspomnienia swoich przodków) Gdy nasz bohater siada przed swoją machiną przenosimy się do początku XVIII i jako Edward Kenway (ojciec Haythama, którego poznaliśmy w poprzedniej odsłonie tytułu) ruszamy w podróż ku pirackiej sławie i bogactwu.

To, co jest wyznacznikiem serii, czyli bieganie po dachach, skakanie z ukrytymi ostrzami na ludzi, morderstwa, bójki, wyścigi i kradzieże, jest ciągle tam, gdzie być powinno. Na szczęście #Ubisoft podjął decyzję, że te elementy, które od zawsze wychodzą im najlepiej, nie potrzebują dużych zmian, dlatego od pierwszej odsłony serii robimy w sumie to samo. To co świadczy o wyjątkowości „czwartego” Asasyna to fakt, że możemy być piratem. I to piratem pełną gębą.

Dość powiedzieć, że podczas gdy na akcjach asasyńskich spędziłem jakieś 15 godzin, to na morzu byłem przez grubo ponad 30. Prułem fale moją Kawką, walczyłem ze sztormami, które za każdym pojawieniem się ekscytowały mnie jak małą dziewczynkę. Walczyłem z flotyllami przeciwników, podpływałem pod forty i zdobywałem je salwami z moich armat. Topiłem statki, przejmowałem załogę, tworzyłem flotę, która pływa na drugi koniec świata zarabiając dla mnie tonę kasy. Ostatnie trzy dni, nie mogąc znaleźć czasu na xboxa, spędziłem przed iPadem klikając na mojej Asasynowej aplikacji i wybierając jaki kurs najbardziej opłaca się „Kenway Industries”.

Gdy nie miałem ochoty na kolejne bitwy morskie, ruszałem na łowy. Trzeba było zawalczyć z żarłaczem białym i upolować orkę, a jeśli sumienie nie pozwalało mi na trzebienie tych pięknych zwierząt, ruszałem w poszukiwaniu zatopionych okrętów, które skrywały w sobie przeróżne skarby. Oczywiście skarbów i tak głównie szuka się na bezludnych wyspach, które można znaleźć używając map odkrytych przy martwych biedakach, którzy w poszukiwania lepszego losu oddali swoje marne życie. Wszystko to robiłem. Zbierałem mamonę, ulepszałem mój statek, powiększałem ilość dział, powiększałem ładownię i brałem pod swoje skrzydła coraz większą załogę, aż stałem się legendą. Stałem się kimś lepszym niż moi bliscy znajomi – Czarnobrody, którego śmierć widziałem na własne oczy, Charles Vane, który do końca swoich dni zazdrościł mi pieniędzy czy Benjamin Hornigold, który marzył o moim statnku. Edward Kenway został największym piratem w historii.

#AC4 nie pozwoliło mi się znudzić. Gdy wydawało mi się, że już nie będzie tak fajnie to kolejny sztorm od nowa budził we mnie fascynację tym światem gry, której zdarzało się przybierać dośc nudnawy wyraz. Czasami po prostu płynąłem przed siebie bez celu, a moi chłopcy śpiewali szanty i wspólnie docenialiśmy piękne spokojne morze. To były piękne czasy…

Oczywiście #AC to głównie historia o asasynach, ale po co opowiadać, o czymś co wiadomo, że jest dobre od zawsze, gdy dostaliśmy w nasze ręce coś fantastycznego i, mimo wszystko, niespodziewanego. Każdy chłopiec marzył o tym, aby być piratem. Myślał o pijaństwie, dziewkach w porcie i pełnych żaglach na morzu. Gra, która docelowo jest o legendarnych zabójcach, jakimś cudem przemieniła się w idealną grę o piratach, która odkryła dodatkowo jak wiele ciągle niewykorzystanych możliwości ma Ubisoft kreując kolejne odcinki tytułu.

Na miłość boską – czy moglibyście zrobić historię w Azji? Proszę, proszę, proszę. Błagam..

PS. Tak jak pisałem na początku – wczoraj do sprzedaży trafił DLC do najnowszego Asasyna. #AC4 #FreedomCry kosztuje niecałe 40 złotych i wygląda fantastycznie. Wracam do domu, wsadzam informację o mojej karcie kredytowej do xboxa, modlę się, aby moja luba nie zobaczyła, że znów wydałem pieniądze na grę i jazda. Spodziewajcie się recenzji już niedługo.

Dodaj komentarz

-->