Piotr Bejnar opowiada nam o swoim najnowszym projekcie Heartbeats

Piotr Bejnar, ekscentryczny didżej, performer, producent i założyciel Otake Records, jest jedną z najbardziej innowacyjnych postaci polskiej sceny klubowej. Jego występy na żywo pełne są energii i improwizacji, przełamują konwencje i aktywizują publiczność. W tym roku muzyczne marzenie Piotra, polegające na zaadaptowaniu dźwięku i tempa bicia serca do utworów i live actu, spełniło się i zaowocowało projektem Heartbeats. Z jego twórcą porozmawialiśmy o inspiracjach, interakcji z ludźmi, konkursie dla młodych talentów, planach na wielki finał i zaangażowaniu osób włączających bicie swoich serc w muzykę.

Kiedy zrodził się u ciebie pomysł, by zająć się muzyką?
Miałem 16 lat, gdy wziąłem udział w konkursie didżejów w moim rodzinnym Olsztynie. Startowało dziesięć osób, zająłem dziewiąte miejsce. Dziś z tych ludzi gram już tylko ja. To był chyba pierwszy i ostatni konkurs, w jakim wziąłem udział.

Od samego początku wiedziałeś, że w twoim życiu najważniejszą muzyką będzie elektronika?
Tak. Nigdy nie zapomnę pierwszych fascynacji tym brzmieniem. Zetknięcie się np. z Aphex Twinem kompletnie zmieniło moje życie, podejście do muzyki, do sztuki. To było jak wirus rozprzestrzeniający się po ciele, który w końcu trafia do mózgu. Czułem się tak, jakbym odkrył coś, czego nikt inny nie zna. Przypominam, że były to lata 90., a wtedy praktycznie nie funkcjonował internet, nikt nawet nie śnił o YouTubie. W moich rodzinnych stronach byłem jedyną osobą, która słuchała takiej muzyki. Nikt mnie nie rozumiał, ale ja wiedziałem, że to jest świetne i ma ogromną wartość. Zaczynałem od muzyki bardzo „połamanej”, bardzo skomplikowanej. Gdy koledzy chcieli wypędzić ludzi po imprezie, zawsze wołali mnie, żebym zagrał kilka „tych bejnarowych połamańców”. Zazwyczaj czyściłem parkiet w ciągu jednego, maksymalnie dwóch miksów. Czułem się na tyle wyjątkowy, że chwilami chyba nieco przesadzałem. Ale życie uczy pokory.

Jak powstał pomysł na twój pierwszego własny utwór?
Wszystkie pomysły przychodzą do mnie jako swego rodzaju wizje. Czasem zdarzają się o trzeciej w nocy, czasem we śnie, czasem podczas obiadu. Nie ma reguły. Analogicznie jest z pomysłami na teledyski, na wydawnictwa w mojej wytwórni. Wszystko odbywa się na zasadzie samoistnego pojawiania się obrazów mojej głowie. Na początku są nieco zamazane, potem materializują się tak, jakbym „przecierał gąbką szybę”. Co zabawne, zupełnie nie pamiętam mojego pierwszego utworu.

Czy po tylu latach tworzenia, możesz określić styl twojej muzyki?
Większość artystów stara się szlifować swój styl. Ja myślę dokładnie odwrotnie. Bardzo pracuję nad tym, aby nie mieć swojego charakterystycznego stylu. Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała mi coś takiego: „Piotr, jak sobie tak myślę o większości producentów w Warszawie, to każdy mniej lub bardziej reprezentuje jakiś nurt, ale ciebie nie potrafię połączyć z żadnym”. Ja zawsze chciałem być nieokreślony.

Często zmieniasz instrumenty, na których grasz? Majsterkujesz przy nich?
Cały czas kupuję nowe urządzenia, zmieniam je na inne. W tym roku zrobię swój pierwszy hardware’owy sprzęt do tworzenia muzyki z pomocą mojego kolegi, który buduje takie cuda. Mam pomysł na urządzenie, którego nie ma na rynku. Jeżeli wszystko się uda, będę produkował ich więcej. Kto wie, może będę je sprzedawał?

Masz swojego ulubionego didżeja?
Didżeja nie, ale kompozytorów lub producentów wielu. Henryk Górecki, Four Tet, Jimmy Edgar, Michael Jackson, Aphex Twin, Jamie Lidell, Bibio. Alice Coltrane, Flying Lotus…

Śledzisz na bieżąco nowości muzyczne? Spodobał ci się szczególnie jakiś album z 2016 r.?
Śledzę, jednak ostatnio przechodzę fascynację gruzińskim tenorem Hamletem Gonashvilim, zwanym inaczej „głosem Gruzji”. Wyobraź sobie, że zginął tragicznie u szczytu sławy, zbierając jabłka w swoim sadzie. Stał na drabinie i upadł na ostre ogrodzenie swojej posiadłości, przebijając sobie serce. Czyż nie jest to romantyczna śmierć dla tenora i w ogóle artysty?

Jak oceniasz polską scenę klubową?
Od dwóch lat obserwuję znaczny postęp. Mamy coraz więcej dobrych producentów docenianych nie tylko w naszym kraju. Bardzo się cieszę z tego powodu. Będzie coraz lepiej.

Grasz niemal wyłącznie live. Czy na twoim komputerze znajduje się sporo niewydanych numerów?
Dokładnie cztery tysiące osiemset siedemdziesiąt jeden.

To pokaźna kolekcja! Masz zamiar kiedyś je wydać?
Pewnie uzbierałaby się z tego płyta, albo i dwie…

Jak wpadłeś na pomysł, by grać wśród ludzi, wtopić się w tłum i pozwalać mu ingerować w twoją muzykę?
Przypadkiem. Podczas przygotowań do jednej z imprez okazało się, że nie ma już dla mnie miejsca na stole. Wszyscy podłączyli się przede mną. Nie było wyjścia, musiałem trzymać sprzęt w rękach. Z czasem pomysł ewoluował, kupiłem długie kable i zacząłem grać wśród ludzi.

Jak reagują na to ludzie?
Kiedyś, gdy grałem, podeszła do mnie kobieta i zapytała: „mogę ci pokręcić gałką?”…
Oczywiście, spotykam się też z negatywnymi reakcjami. Zdarza się, że ktoś wyleje napój na sprzęt lub krzyczy, że jestem wariatem! Niektórzy zamieniają się w ekspertów i mówią, że też tak potrafią, po czym na siłę starają się ingerować, przeszkadzać lub po prostu chcą mi opowiedzieć swoją historię. Staram się wtedy uświadomić temu komuś, że jestem w trakcie grania i że z chęcią wysłucham wszystkiego, jak już skończę pracę. Na szczęście tych negatywnych zdarzeń jest bardzo, bardzo mało.

Jak spędzasz czas, gdy nie grasz?
Praktykuję mantrę. Ostatnio uczę się medytacji i ajurwedycznego stylu życia. Wróciłem do czytania książek. Uwielbiam spędzać czas z moją żoną, rozmawiać z nią i wymyślać nowe projekty. Ona działa na mnie jak Gala na Salvadora Dali, jest moją inspiracją. Pomimo młodego wieku ma ogromną wiedzę, co mi bardzo imponuje. Kiedy nie mam pomysłu lub jestem przygnębiony, Liza zawsze znajduje wyjście z sytuacji. Moim małym hobby jest robienie jej niespodzianek. Dziś kupiłem jej kostium kąpielowy, który zaprojektowała moja kumpela z Bydgoszczy.

Mówisz sporo o medytacji, a na okładkach twoich płyt pojawiają się elementy związane z przyrodą, jest las, jezioro… Obcowanie z przyrodą to twoja odskocznia?
Las i jezioro towarzyszą mi od dziecka. W końcu pochodzę z Olsztyna. W lesie czuję się inaczej, czuję harmonię. Zawsze do niego wracam, gdy tego potrzebuję. To tam toczy się prawdziwe życie.

Czy właśnie podczas takiego odpoczynku zrodził się pomysł na projekt Heartbeats?
Ten pomysł chodził mi po głowie od kilku lat. W pewnym momencie znudziły mi się występy, które były coraz bardziej do siebie podobne. Potrzebowałem czegoś nowego, dlatego cieszę się ze wsparcia Ballantine’s w ramach projektu Stay True Stories.

Gdzie jeszcze znalazłeś inspiracje tworząc ten projekt?
To po prostu do mnie przyszło, jak prezent na święta. Jak już wspomniałem, pomysły przychodzą do mnie często w formie wizji. Po prostu wpadają do głowy i nagle są. Nie ma na to reguły. Często zadawałem sobie pytanie: „kto mi daje tyle prezentów?”.

A sam rytm serca? On też może być taką inspiracją?
Oczywiście – bicie serca to w końcu życie, a to przecież największa inspiracja.

Wiemy już, że twoje występy na żywo znane są z tego, że mocno aktywizujesz publiczność. W jaki sposób każdy z nas może uczestniczyć w tym projekcie?
Projekt Heartbeats polega na tym, że każdy może ściągnąć darmową aplikację, zmierzyć sobie puls swojego serca, wybrać utwór, a następnie stworzyć własny remiks i przesłać go do mnie. Ci, którzy wykażą się największą kreatywnością, zostaną wybrani do uczestniczenia w finale projektu Heartbeats, który odbędzie się 18 czerwca w klubie Niebo w Warszawie.

Przy tworzeniu muzyki często kierujesz się sercem, emocjami? Mieszasz gatunki, które w teorii do siebie nie pasują?
Tak, w moim odczuciu w muzyce nie ma gatunków. Nie szufladkuję, dla mnie istnieje po prostu muzyka. W setach czy występach na żywo często mieszam niepasujące do siebie style. Niekiedy wychodzi to świetnie, czasem zdarza się, że nie. Ale zależy mi na poszukiwaniu. Bez tego nie ma rozwoju.

Czy projekt ma na celu także ośmielenie ludzi, tworzących swoją muzykę w domu? Dać szansę na zaistnienie? Heartbeats to szansa na zrealizowanie marzeń?
Dokładnie! Nie zabijajcie swoich marzeń. Nie zabijajcie w sobie dziecka. To bardzo ważne, aby spełniać swoje marzenia. Dla mnie projekt Heartbeats jest spełnieniem jednego z moich.

Jaką radę dałbyś początkującym producentom muzycznym?
Nie zniechęcajcie się. W końcu wyjdzie. Jednemu za pierwszym razem, drugiemu dopiero za setnym. Nie porównujcie się do nikogo. Każdy ma swoją drogę. Praca jest najważniejsza, bez pracy nawet największy talent się zmarnuje.

Natrafiłeś już na muzyczne perełki wśród wysyłanych do ciebie utworów?
Jest taki jeden as. Nazywa się Id Ensemble. Wróżę mu wielką karierę. To chłopaka z Berlina, który po prostu wysłał nam demo. Na jesień wydamy jego płytę. Wszystko jest możliwe.

Uchylisz rąbka tajemnicy, w jaki sposób podczas finału projektu Heartbeats fani będą sterować twoim występem? 
Niespodzianki mają to do siebie, że jak się je zdradzi, to przestają być niespodziankami. Powiem jedno: będzie się działo!


Projekt Heartbeats

Projekt Heartbeats to próba połączenia dźwięku bijącego ludzkiego serca z muzyką elektroniczną. Dzięki aplikacji Heartbeats każdy ma szansę na stworzenie oryginalnego utworu muzycznego, którego bazą będzie rytm serca i dźwięki wybrane przez twórcę projektu – Piotra Bejnara. Nagrodą główną pięcioetapowego konkursu jest zaproszenie do udziału w  imprezie wieńczącej projekt Heartbeats, wykorzystanie utworu zwycięzcy w secie Bejnara i publikacja jego zdjęcia w trakcie wizualizacji. Wielki finał, podczas którego każdy z uczestników będzie za pomocą bicia serca sterował muzyką Piotra Bejnara, odbędzie się już 18 czerwca w Warszawie!

Dodaj komentarz

-->