O dwóch takich, co kochali muzykę – Beksińscy

Kiedy Tomasz Beksiński był małym chłopcem marzył o hodowli kur i papużek. Jednak ojciec zaraził go inną pasją — pasją do muzyki. Dla Tomka muzyka i film okazały się całym życiem, a dla ojca, obok kawy, kolejną używką — bez niej nie umiał pracować. Zdzisław słuchał głośno, jak najgłośniej i z przytupem, tak mocnym, że aż z sufitu spadał tynk. Bywało nawet, że muzyka nabiła mu guza, kiedy pod wpływem decybeli oberwał swoim własnym obrazem. To muzyka oddzielała go od dźwięków „mutantów”, jak lubił nazywać głośną młodzież z warszawskiego Służewa nad Dolinką. Zdzisław dzięki muzyce odrywał się od dźwięków realnego świata, mógł w pełni oddać się pracy. Dla Tomka, muzyka była nie tylko „używką”, była wszystkim: życiem, pracą, pasją.

Muzyka, która łączyła i dzieliła

Zdzisław był melomanem i audiofilem. Fascynowała go ogólnie pojęta elektronika, często konstruował odbiorniki. Kiedy mieszkał w Sanoku, próbował zbudować własne studio dźwiękowe, ale nieznajomość wiedzy elektronicznej stanęła mu na przeszkodzie. W końcu stać go było na zakup gramofonu typu Fonomaster, najlepszego na rynku, a płyty, które w owych czasach były rarytasem, sprowadzał z zagranicy, często płacąc za nie swoimi obrazami. Tomasz natomiast, kiedy już na dobre związał się z radiem, po płyty dla słuchaczy jeździł osobiście do Anglii i był bardzo rozgoryczony, kiedy nie znajdywał tego, co mogłoby zainteresować jego i słuchaczy.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez Justyna Ucińska (@justynaucinska)


Zdzisław lubił muzykę poważną i potrafił rozprawiać o niej godzinami, ale cenił również „dobry rock”. To właśnie w jego pracowni Tomek usłyszał po raz pierwszy między innymi: Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin, Rolling Stones. Zdzisław miał zwyczaj mówić, że muzyka rockowa musi być ostra, jak dobrze popieprzona zupa, i to właśnie rock, a w szczególności hard rock, często ich poróżniał. Tomek był dość wybredny wobec tego gatunku. Grunge uważał za wymysł i bezczelną kopię brzmień wczesnego Black Sabbath. Mawiał, że „nowy” rock, jest powtórką z rozrywki, dlatego miał zamiłowanie do „staroci”, które cenił i do których często wracał. Trudno było go przekonać do niektórych nowości, wypowiadał się wobec nich szczerze i krytycznie. Płytę I Do Not Want What I Haven’t Got (1990 r.) Sinead O ‘Connor skwitował jako “usypiającą i nudną, jak grysik z bitą śmietaną”*. A tuż przed śmiercią, w 1999 roku, tak podsumował nową muzykę: “masowo produkowana papka obrażająca mój zmysł estetyki”**. Narzekał. Uważał, że płyty wyjątkowe i wybitne, ukazują się raz na kilka lat.

Ojciec i syn

Różne nurty i gatunki muzyczne, często były pasmem dyskusji między ojcem a synem. W przeciwieństwie do ojca, Tomek lubił rock progresywny, zaproponował “staremu” Emerson Lake And Palmer – nie spodobał się, nieliczny wyjątek zrobił jedynie dla Marillion. Wrażliwy na muzykę Tomek, nigdy nie zdołał również przekonać ojca chociażby do Kate Bush, której głos porównał do „japońskiego piszczenia”. Przy Siouxsie And The Banshees uważał, że nie może malować, bo ten sposób śpiewania doprowadza go do bólu wątroby.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez 🇵🇱 @ɹ2ɹ Hɐɹɐsıɯoʍıɔz 🇮🇪 (@poliszynel_znienacek)

Różnili się też w podejściu do muzyki. Ojciec traktował ją niemal obcesowo, liczyły się tylko muzyczne wrażenia, dźwięk, przytup, dynamika. Zdzisław nie pamiętał i nie chciał pamiętać nazw utworów, a nawet artystów, dany album kojarzył po grafice na okładce. Nie interesował go tekst utworu, przekaz, bał się, że banalność tekstu zaburzy jego odbiór muzyki. Tomasz, znał każdy szczegół na pamięć – od tytułu po tekst. Analizował, brał do siebie wszystko, co dawała muzyka.

 

 

Mimo różnic w poglądach muzycznych, w wywiadach i tekstach, Tomek mówił o ojcu jak o kumplu, z którym może pogadać o muzyce i filmach. Nie ukrywał, że ojciec ukierunkował go muzycznie i miał na niego duży wpływ. Obaj, choć na dwa różne sposoby, kochali muzykę.

 

Beksa – człowiek, który wpłynął na pokolenie

 

Tomek był człowiekiem wrażliwym, może aż nadto, bardzo inteligentnym, błyskotliwym i profesjonalnym w każdym calu. Doskonale tłumaczył, nie odpuszczał dopóki nie znalazł odpowiedniego słowa. Na koncie ma wiele kultowych tłumaczeń filmów, jak chociażby do cyklu „Latający cyrk Monty Pythona”, „Milczenie owiec”, Bond i wielu innych. Obok filmów pasjonowała go oczywiście muzyka. Dzięki Tomkowi czytelnicy i słuchacze mogli poznać tłumaczenia tekstów między innymi: Marillion, Pink Floyd, The Doors, Depeche Mode. I tę muzykę w ogóle. Był również wprawnym publicystą – pisał szczerze i z charakterystyczną dla siebie dozą ironii.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez Anna Narloch (@annarloch)

Tomek z radiem był związany 17 lat i wywarł duży wpływ na pokolenie lat 80. Przyciągał słuchaczy przed odbiorniki jak magnez. Audycja „Trójka pod księżycem”, była dla słuchaczy wręcz intymnym i mistycznym doświadczeniem. Jego ciepły głos, doskonała znajomość tematu, błyskotliwe wypowiedzi i szczerość z jaką prowadził audycje, do dziś są pamiętane:

 

„(…) Doskonale pamiętam tę magiczną atmosferę: w pokoju półmrok, rozświetlony jedynie nocną lampką, ja zwinięta w kłębek na fotelu, na małym stoliku popielniczka i paczka Carmenów… a z radia płynęła muzyka, Jego muzyka, nasza muzyka i unosiła się wśród ledwo widocznej w ciemności mgiełki dymu.” – pisze o audycjach Tomka jedna z jego wiernych słuchaczek.

***

 

I słuchacz:

Tomek kreował w nich [audycjach radiowych] niesamowity nastrój. Nie znam nikogo kto potrafiłby tak różne utwory poukładać w spójną całość. Klimat tych audycji pozostaje w człowieku na zawsze. Do dziś pamiętam kilka audycji tak dokładnie, jakbym słuchał ich wczorajszej nocy. (…) No i te jego “muzyczne opowieści”, w których muzyka przeplatała się z poezją i fragmentami tekstów utworów (…) Myślę, że moja ogólna życiowa wrażliwość w dużej mierze jest zasługą jego audycji.”****

W kręgu etykiet

Wampir, choleryk, niezrównoważony. Tomaszowi Beksińskiemu zostało przypisanych wiele niechlubnych etykiet. Ojcu podobnie – szalony, psychol, a nawet homoseksualista. Beksińscy to jedna z najlepiej udokumentowanych rodzin i jednocześnie najczęściej komentowana. Ich sprawy osobiste, często intymne, były wywlekane na światło dzienne. Zdzisław postrzegany przez swoje malarstwo jako dziwak, swoją mroczną twórczość traktował jednak z rezerwą, bawiło go utożsamianie apokaliptycznych wizji własnych obrazów z nim samym, był człowiekiem o łagodnym i pogodnym usposobieniu. Tomasz natomiast, sam wokół siebie stworzył obraz postaci mrocznej, zafascynowanej śmiercią i wampiryzmem – obraz, który na początku był przewrotną zabawą, stał się jego przekleństwem.

„Ten tragizm wampira jest mi bliski, czyli niemożność przeżycia jakichś ważniejszych większych uczuć, bo one są, powiedzmy, jakby nie dla mnie”. Jednak wampiryzm zaczął go w pewnym momencie męczyć. Już nie chciał być potworem. Przed swoją śmiercią powiedział, że najszczęśliwszym człowiekiem jest ten, który znajduje prawdziwa miłość.

 

*”Magazyn Muzyczny” nr 2 ,1991

**”Tylko Rock” nr 10, październik 1999

***https://drzoanna.wordpress.com/2014/08/28/moj-tomek-beksinski/

****http://www.audiostereo.pl/tomek-beksinski-audycje_18057.html

Tekst: Magdalena Zaporowska

-->