Czy to demo, czy to serio?
Sięgałem po tę płytę bez żadnych oczekiwań. Uwielbiam Yeah Yeah Yeahs, nie znoszę „Moon Song”, którą Karen O nagrała do filmu „Ona”, o albumie nie wiedziałem nic poza tym, że ma wyjść. I dostałem coś, co brzmi jak demo utworów, o których trudno powiedzieć cokolwiek poza tym, że są lo-fi. To króciutkie akustyczne strzępy, w których Karen śpiewa i brzdąka na gitarze, a w tle słyszymy szum „obracającej się” taśmy. Czegoś podobnego próbował trzy dekady temu Springsteen, wypuszczając na światło dzienne świetną „Nebraskę”, nagraną na magnetofonie w pokoju hotelowym. Wtedy jednak mieliśmy do czynienia z gotowymi, przemyślanymi utworami. „Crush Songs” to notes, pełen przekreśleń i poprawek. W takim „Singalong” pozwolono sobie nawet na zostawienie fałszów i parsknięcia śmiechem pani Orzolek. Gdy już wydaje się, że natknęliśmy się wreszcie na przyjazną dla ucha piosenkę („Body”), ta przerwana zostaje rozdzierającym jazgotem. Większość numerów nie trwa nawet dwóch minut, a całość ledwo przekracza 25. Aż mnie skręca z ciekawości, co z tymi szkicami zrobiłby pełen skład Yeah Yeah Yeahs. Ciekawostka dla największych fanów, która powinna być wydana w boksie podsumowującym działalność nowojorskiej grupy.
Karen O
„Crush Songs”

