Całopalenie
Szefowie Daptone chyba podpisali jakiś cyrograf. Każda kolejna płyta wydawana w tym labelu jest tak doskonała, że aż boję się pomyśleć, jak ich katalog może prezentować się za kilka lat. Piąty album w dorobku nowojorczyków z The Budos Band był dla wielu zagadką. No bo ile można grać mrocznego funka bez wokali? Szamańskie „Burnt Offering” jednak pokazuje, że nawet za pomocą pozornie ograniczonej i wyeksploatowanej formuły da się ciągle pokazywać coś nowego. Klimat pozostaje więc bez zmian. Wciąż jest mrocznie i smoliście, jakby dym z okładkowego ołtarza spowił każdy dźwięk tego albumu. Nie zmieniło się też nic pod względem przebojowości.
„Magus Mountain” zbudowane jest na jednym z najdoskonalszych riffów tego roku. Jednak po raz pierwszy w historii kolektywu ze Staten Island pojawiło się aż tyle „tanecznych” motywów. Nie jest to co prawda wesoły klimat w stylu Sharon Jones, ale nawet na słynnej trzeciej płycie grupy nie było aż tylu bangerów. Żeby jednak nie było! To żadna wolta stylistyczna. Budos wciąż pozostają mistrzami tworzenia stmoffery rodem z horroru, ale tym razem w końcu pozwalają sobie na więcej indywidualnych popisów. Solówka do „Tomahawk” może nie zrobiłaby wrażenia na Tomaszu Stańce, ale takich rzeczy brakowało dotąd w twórczości tego nonetu, który chyba właśnie stał się produktem totalnym. [Michał Kropiński]
The Budos Band
„Burnt Offering”
Daptone

