Solec

Warszawa

Jako „Aktivist” jak mało kto kibicujemy rozwojowi każdej warszawskiej dzielnicy. Badamy miasto pod kątem nowości i cieszymy się, gdy na zamkniętym osiedlu gdzieś na Kabatach powstanie nowa restauracja sushi. Albo kiedy mieszkańcom Białołęki przybywa pizzeria. Są dzielnice znacznie wolniej rozwijające się pod względem kulinarno-klubowo-kawiarnianym niż Powiśle, ale i tak otwarcie kolejnej miejscówki w tej okolicy zostało okrzyknięte jednym z najważniejszych wydarzeń nowego sezonu. Na Solcu 44 obiecano nam dobrą kuchnię, miły wystrój i ogólnie rzecz biorąc – nowe ulubione miejsce na mapie Warszawy. No cóż, oszukano nas. Na miejscu zjawiłem się pełen oczekiwań i bardzo głodny, w towarzystwie tak samo głodnej i niecierpliwej koleżanki. Oglądając wcześniej zdjęcia, spodziewałem się przyjaznych wnętrz. Widać dobry fotograf maczał w tym palce. Powitały mnie bowiem trzy smutne, pomalowane na biało pokoje, w których ktoś po prostu ustawił stoliki i uznał, że na tym jego obowiązki się kończą. Zero pomysłów, jeszcze mniej ciepła. W efekcie poczułem się tu niemile widziany. Poczucie to spotęgował fakt, że nikt z mijającej nas kilka razy obsługi nie pospieszył z informacją, że tu obsługujemy się sami. Żaden problem. Udaliśmy się do baru, gdzie z kolei powitała nas smutna tablica z dwiema propozycjami: mały zestaw lunchowy i duży zestaw lunchowy. I jeden, i drugi równie mało zachęcający. Dodajmy na koniec, że na deser zaproponowano kompot. Na koloniach 15 lat temu byłoby to OK. Mocno nie OK robi się wtedy, gdy za duży lunch (w rzeczywistości nie za wielki) żąda się 30 zł. Wychodzimy. 30 straconych minut naszego młodego życia. [Mladen Petrov]

 

Dodaj komentarz

-->