Nasza naczelna nigdy nie odpoczywa. Nawet kiedy jest na fotelu u fryzjera, cała w odżywkach i szamponach, trzyma rękę na pulsie, a właściwie ciągle się rozgląda w poszukiwaniu tematów. No i znalazła. Po wyjściu od fryzjera napisała do mnie. Kilka dni później zawitałem na Bagatela 11 (teraz wszyscy wiemy, gdzie Agata chodzi do fryzjera), gdzie o swoje miejsce pod słońcem walczą podWieczorki poRanki. Wpadłem do nich około 20 minut przed zamknięciem lokalu, ale nikt nie spieszył się z wychodzeniem, więc jakoś tak zostałem. Nic dziwnego. W momencie pisania tej recenzji podWieczorki były jeszcze przeuroczą kawiarnią, która bez najmniejszego problemu mogłaby się znaleźć w Paryżu czy Nowym Jorku. Na szczęście jest w Warszawie, a już od lutego ma się jeszcze powiększyć o dział win i piw regionalnych. Wtedy na pewno stanie się Wieczorkami, które będzie można spędzić w towarzystwie odpowiednich do smakołyków trunków. Zapowiada się cudownie, ale już teraz jest bardzo dobrze. Każdy, kto tam zawita, ma prawo myśleć, że o aranżację wnętrz poproszono dobrego projektanta. Tymczasem o bardzo przemyślany wystrój zadbali sami właściciele – ci sami, których można spotkać za ladą. W podWieczorkach jest zatem bardzo miło, ale nie na sposób magdogesllerowski. Menu nie wybiega poza sprawdzone propozycje kawowo-herbaciano-jedzeniowe, ale nic nie szkodzi. Jedyne, co mi przeszkadza, to fakt, że za mleko sojowe trzeba dopłacać. Oczywiście wiemy, ile mleko sojowe może kosztować, ale wszyscy uczuleni na krowie i tak słono płacą w tym mieście za nietolerancję laktozy. Niektóre kawiarnie już wzięły ten koszt na siebie i to samo proponowałbym właścicielom podWieczorków poRanków. Przepraszam, ale musiałem ponarzekać, żeby potem nie było, że Petrov znów słodzi. [Mladen Petrov]
podWieczorki poRanki
Warszawa
