Fenicja

Warszawa

Milczał, milczał, po czym wygłosił werdykt. Zapadła cisza. Naprawdę? „Jest lepsza od Samiry,” oznajmił. Patrzyliśmy z niedowierzaniem. Czyżby w mieście była knajpa, która lepiej serwuje kuchnię libańską od słynnej, dobrze zakamuflowanej i ukochanej Samiry? Był przekonany, że tak. Ale od początku. Fenicję sprawdzaliśmy dwa razy. Za pierwszym razem, zniechęceni pustkami i wnętrzami, baliśmy się wejść. Szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę z tego, że odkryliśmy skarb – wspaniałe, a przy tym prawdziwe jedzenie z Bliskiego Wschodu (które z jakiegoś powodu przyrządzają Hindusi, ale to rzecz jasna nie szkodzi), niskie ceny i lokalizacja w samym centrum miasta. Co może być lepszego? Menu się sprawdziło – zupa z soczewicy (6 PLN) zapowiadała to, co miało nastąpić. Postawiliśmy na dania z grilla lawowego (szaszłyk wołowy oraz kotleciki z mięsa wołowego, odpowiednio 26 i 24 PLN), a po drodze dorzuciliśmy humus (12 PLN), kibbe niye, czyli coś na kształt libańskiego tatara (14 PLN), i sałatkę fattusz (12 PLN). Zachwytów i tak nie brakło, ale kelnerka postanowiła nas zabić – na stół wjechały frytki! Niby takie zwykłe, ale „lepsze niż w Maku”, jak oznajmiła towarzyszka numer 1, wielka specjalistka ds. frytek. Podobnie wyglądała wizyta w Fenicji ze znawcą kuchni libańskiej, który spędził w regionie wystarczająco dużo czasu, by móc wygłaszać wiążące sądy. Pisząc tę recenzję, wciąż miło wspominam świeżą wołowinę. Czy ona naprawdę istniała? Na szczęście baklawa kompletnie się nie udała. To tylko znak, że nie warto jeszcze osiadać na laurach. Na razie popieramy i lubimy! [Mladen Petrov]

Dodaj komentarz

-->