„Gdzie Rzym, gdzie Krym” – pomyślałem sekundę przed naciśnięciem „play” po raz pierwszy. W końcu Londyn pasuje do afrobeatu jak pięść do oka.
Próby przeszczepiania tego wyjątkowego gatunku na inny grunt zazwyczaj kończyły się podobnie jak uprawa egzotycznych roślin w zimnym północnoeuropejskim klimacie. Oddanie tego ognia, który wypluł ze swoich płuc ojciec gatunku Fela Kuti, to jakby wykuwanie na nowo Dawida. Może przesadzam, ale każdy, kto wielbi muzykę afrykańską, wie, że do jej grania na równi z wirtuozerskimi umiejętnościami potrzebne są odpowiednie geny. Wiedziałem, że London Afrobeat Collective mogą porywać się trochę z motyką na równikowe słońce, ale w gatunku panuje taka posucha, że nie było innego wyjścia, jak dać im szansę. I okazało się, że było warto.
Zacznijmy od tego, że to jest raczej płyta funkowa. To ten gatunek tworzy jej szkielet, i to w warstwie nie tylko muzycznej, ale też tekstowej. Już pierwszy numer „Celebrity Culture” to typowy społeczny diss na kulturę współczesną. Trochę jakbym słyszał Sharon Jones i jej nawoływanie do podatkowego buntu, które mogłoby stać się jednym z hymnów politykującej na Fejsie młodzieży. Ale nie o Sharon rzecz, tylko o prawdziwej gwieździe tego albumu, czyli Funke Adeleke. Jedyna Afroamerykanka w składzie kolektywu dźwiga ciężar tradycji pośród dziewięciu białasów. Funke wypluwa z siebie protest-songi z taką zaciętością, że Fela pewnie uśmiecha się gdzieś wysoko, eksponując swoją słynną szparę między zębami. Zresztą spójrzcie na okładkę, tytuły kawałków i wydawcę albumu – i już wiecie, o co tu chodzi.
Przejdźmy do muzyki London Afrobeat Collective, bo jeśli tak jak ja jedziecie głównie na reedycjach sprzed trzech dekad, to powinniście być zachwyceni. Tak jak pisałem na początku – ta płyta to żywy funk. Napędzany prawilną jak Grochów sekcją dętą, wspierający się na fantastycznej perkusji i czarujący ukrytymi w produkcji klawiszami (posłuchajcie, co tam się dzieje w słuchawkach). A gdzie afrobeat? Jest, jest – ktoś wymyślił to wprost genialnie! Dzikie improwizacje, które na bank powstały w sali prób, idealnie podoklejano na koniec tych prostych funkowych hymnów. Ale nie spodziewajcie się żadnych dłużyzn, przebój goni przebój, więc jadąc samochodem na działkę, wyłączcie radio i jazda!
London Afrobeat Collective
„Food Chain”
wydanie własne
Zobacz także:
Pałac. Biografia intymna – Beata Chomątowska
Dla jednych – betonowy tort, architektoniczny bękart, symbol komunizmu, który dawno temu powinien być zburzony, a w jego miejscu należałoby zasiać trawę. Dla innych – nasz rodzimy Empire State Building, solidny ponad miarę. Czytaj więcej>>
Lilly Hates Roses, uzbrojeni w różnorodny, ale jednocześnie spojony ich wrażliwością zestaw kompozycji, swoją lekkością i latem, słońcem i uśmiechem, bez specjalnego wysiłku wygrywają wyścig o nasze serca. Czytaj więcej>>
Natural Numbers – Field Reality Dub
Na drugim krążku Natural Numbers odpowiedzialny za ten projekt producent Tom Chasteen po raz kolejny wraca do muzycznych korzeni – do dubu. Czytaj więcej>>

