Helen – The Original Faces

Słuchanie muzyki w latach 90. było właściwie dużo prostsze. Nie jest więc to początek mendzenia o tym, jak to dzisiejsze dzieciaki mają łatwy dostęp do wszystkiego, a my musieliśmy czatować z palcem na przycisku record, żeby nagrać coś z radia czy kablówki… kumpla. „The kids are alright” – jak będą chciały, to będą szukać, wkręcać się i chłonąć dokładnie tak jak my. U schyłku zeszłego wieku prostsze jednak były podziały. Miałeś dready – słuchałeś reggae, kurtkę parkę – rocka, bluzę z logo Punishera – techno, nie znałeś składu zespołu, który miałeś na koszulce – dostawałeś w pysk, a jak jakiś gatunek pochłonął cię bardziej niż inne, to… gardziłeś pozostałymi. Nawet wewnątrz niemetalowego obozu gitarowego w pewnym momencie powstały podgrupy – część na swoich kostkach nosiła logo Nirvany, podczas gdy inni starali się flamastrem zamarkować pismo maszynowe by móc manifestować swoją wiarę (tak, wiarę) w Rage Against the Machine. Jedni drugich oczywiście niezbyt lubili. I podczas gdy ci pierwsi – o ile w muzykę wchodzili głębiej – zwykle w pewnym momencie sięgali po Pixies, Sonic Youth i coraz bardziej wsiąkali w rozległy świat indie, to ci drudzy, w momencie gdy usłyszeli soundtrack z „Sądnej nocy”, przestawali widzieć cokolwiek poza rapem. Ja należałem do tych drugich i też daleko mi było do otwartości, ale na szczęście niektórzy z moich kumpli mieli siostry…

Debiutancki album formacji, którą Liz Harris vel Grouper założyła z Jedem Bindemanem z Eternal Tapestry, Scottem Simmonsem i (domniemaną) tytułową Helen w chórkach, brzmi dokładnie tak, jakby wydobywał się z pokoju obok.

Jakby znowu był rok 1996, siedziałbym z kumplami i oglądał nagrane na wideo teledyski Cypress Hill, a zza ściany docierało do nas coś, co było jednocześnie hałaśliwe i melodyjne, melancholijne i dające nadzieję, odpychające w swojej rockowości i przystępności, a jednocześnie kuszące.

Zwięzłe, proste piosenki na gitarę, perkusję i głos; piosenki, których partie toną w przesterach i efektach, a ich tony nawet przez blokowiskową wielką płytę czuć słodkawym zaduchem sypialni, w której ktoś śni, szlocha, marzy i nuci, słuchając muzyki. Bo większość sióstr moich kumpli była właśnie takimi Helen – przepełnionymi młodzieńczością głosami, które wersy wokalistki (bądź wokalisty) znały tak dobrze, jakby same je napisały, a oryginalną frazę potrafiły „podrobić” nie do poznania. I za każdym razem jak ziomki szli je uciszać, bo 172. raz puszczały ten sam numer, robiąc przerwy tylko na przewijanie taśmy, miałem ochotę im powiedzieć: odpuść, chłopaku, niech się wyszaleje, wypłacze, wytańczy, wykrzyczy.

Ale nie mówiłem. Dziś więc odrabiam zaległości i zapełniam braki we wrażliwości, słuchając po raz wtóry tej króciutkiej, półgodzinnej płyty. Szkoda tylko, że tamtych twarzy nie ma już wokół.

Dodaj komentarz

-->