Film: Anomalia czyli Eko-Melancholia

Koniec świata rozpisany na tępe twarze i śnięte ryby. W sennej flamandzkiej wiosce zjawia się emerytowany filozof z córką na wózku inwalidzkim – ich przybycie naznaczą trudne do wyjaśnienia wydarzenia.

Jako pierwsze zaczynają znikać pszczoły, krowy odmawiają udziału w produkcji mleka, ziarno nie wzrasta. Przybywa jedynie robactwa, które przezorny sklepikarz zbiera na trudne czasy do słoików – liczy na to, że gdy zabraknie chleba, utrzyma się dłużej przy życiu, sprzedając tłuste muchy. Po jałowej ziemi jak zombie snują się rolnicy, a obcy sieją wśród nich coraz większy niepokój. Mściwa natura ujawni upiorne oblicze społeczności i umowność kultury – mieszkańcy, próbując przebłagać los, ochoczo przystąpią do rytualnego linczu. #Anomalia domyka swoją filmową trylogię belgijskich twórców. Ta ponura baśń nie ma jednak wiele wspólnego z ich wcześniejszymi, etnograficznymi fabułami rozgrywającymi się w Mongolii i Peru. Jest to natomiast jeden z nielicznych przykładów tego, jak #arthouse mierzy się z wizją końca świata. Planetoidy i demontaż Nowego Jorku reżyserski duet zastąpił więc opustoszałymi pejzażami, krukiem, który złowieszczo sunie po niebie w zwolnionym tempie, i absurdalnymi epizodami – taki film mógłby nakręcić #RoyAndersson, gdyby nie miał poczucia humoru, albo #LarsVonTrier, jeśli zbłądziłby i w „Melancholii” interesował się kondycją świata, a nie sobą. Co ciekawe, gdy przymknie się oko na sugestywną stronę wizualną, okazuje się, że „Anomalię” wiele łączy z hollywoodzkimi blockbusterami – zarówno naiwny ekologiczny interwencjonizm, jak i zestaw socjologizujących rozpoznań. O konsekwencjach naruszenia równowagi w środowisku nieraz uczył nas przecież ekspert #RolandEmmerich, ale jego zwięzły wykład, zgodnie z zasadami sztuki filmowej, szybko wieńczyła bezpretensjonalna demolka. #Brosens i #Woodworth wybrali niestety drogę artystycznych pretensji.

Dodaj komentarz

-->