Pośród reporterów łatwo wyróżnić dwa typy – kryjących się w cieniu, wnikliwych obserwatorów zdarzeń i pierwszoplanowych bohaterów akcji, którzy jedną ręką trzymając dyktafon, drugą osłaniają ranne dziecko. Charlie LeDuff należy do tej drugiej grupy. Jest tylko nieco mniej rysunkowym Spiderem Jerusalemem – wożącym pistolet w schowku, korespondującym ze Schwarzeneggerem reporterem z lenistwa, który – jak to sam ujmuje – „buduje wieżę ze słów”. Autokreacja i pretensjonalność zderzają się w jego pisaniu z wręcz ekshibicjonistyczną niekiedy emocjonalnością obcą większości dziennikarzy. Staje się to nie tylko zrozumiałe, ale akceptowalne, kiedy uświadomimy sobie, że losy jego pokiereszowanej rodziny nierozerwalnie wiążą się z historią jego rodzinnego miasta.
Detroit, po czasach świetności przemysłu samochodowego, kiedy to zamieszkiwane było przez blisko dwa miliony ludzi, dziś w ogromnej części składa się z pustostanów, a liczbę jego mieszkańców szacuje się na 700 tysięcy. „Detroit znajduje się w tak opłakanym stanie, jakby ktoś złapał je za włosy i przewłóczył po schodach trzy piętra w dół”. Detroit to przez lata światowa stolica morderstw, amerykański przyczółek tarć rasowych, miasto, którego wypisaną na sztandarze dewizą jest „Speramus Meliora; Resurget Cineribus”. „Miejmy nadzieję na lepsze jutro, które z popiołów powstanie”. Każda rozgrywająca się w nim biografia, każda znajdująca się w nim ulica, każdy metr ziemi, na której je wybudowano, każdy metr powietrza, który się nad nim znajduje, kipi znaczeniami. Trudno mieć więc pretensje do LeDuffa, że korzysta często z wielkich słów. Wracając na stare śmieci, od początku przecież szykował się na wojnę. A „ilu znasz korespondentów wojennych, którzy byli w Detroit?”
Charlie LeDuff
„Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”
Czarne

