Demon – reż. Marcin Wrona

„Demon” cierpi na rozdwojenie jaźni. W efekcie nie sprawdza się ani jako horror, ani satyra społeczna. W partiach bardziej komediowych ostatni film Marcina Wrony przypomina niezbyt huczne poprawiny po efektownym „Weselu” Wojtka Smarzowskiego. Zbytnia zachowawczość ciąży także wątkom odwołującym się do kina grozy. Tytułowy demon nie ma mocy, zostaje przez reżysera obłaskawiony i utrzymany w ryzach. Zamiast widowiskowo straszyć, zaprasza widzów do rozmowy na tematy, które w ostatnich lat wybrzmiały już w polskim kinie znacznie dobitniej.

Widoczna w ostatnich dniach nagonka na Olgę Tokarczuk sugeruje jednak, że pewne prawdy warto powtarzać do znudzenia. Wrona przekonuje, że nierozliczna przeszłość wciąż wywiera wpływ na naszą codzienność. Nie przypadkiem duchy z dawnych lat pojawiają się w „Demonie” w samym środku weselnej fety. Pijackie śpiewy i okrzyki samozadowolenia nie potrafią zagłuszyć głosu przypominającego, że współczesna Polska została zbudowana na krzywdzie wielu swoich obywateli.

Tego rodzaju narracja jednych widzów nie przekona, a innym wyda się dość wtórna wobec „Idy” czy „Pokłosia”. Niezależnie jednak od swoich słabości

„Demon” z pewnością pozostaje najambitniejszym filmem w dorobku Wrony. Reżyser „Mojej krwi” i „Chrztu” nareszcie wykroczył poza obszar dotychczasowych zainteresowań i zajął się czymś więcej niż rozterkami niedojrzałych samców.

Tym większa szkoda, że nie będzie kontynuował już ciekawie rozwijającej się kariery.

1 komentarz

Dodaj komentarz

-->