Wywiad z reżyserem “Mandarynki” – Seanem Bakerem

Tangerine , by Daniel Bergeron.

Świąteczna wendeta

Sean Baker, reżyser filmu „Madarynka”, opowiada o mrocznych zakamarkach LA, wykluczaniu przedstawicieli mniejszości i pracy nad filmem kręconym za pomocą iPhone’a.

Sin-Dee, transseksualna prostytutka, wychodzi po miesięcznej odsiadce z więzienia. Jest Wigilia, kumpela przekazuje jej gorącą plotkę – chłopak i alfons Sin-Dee zradził ją z biologiczną kobietą. Dziewczyny zaczynają planować wendetę. „Mandarynka” (naszą recenzję przeczytacie TU)
to kino barwne i wartko opowiedziane, odważne nie tylko pod względem obyczajowym, ale i technologicznym. Sean Baker, autor kontrowersyjnej, pokazywanej dwa lata temu na WFF „Gwiazdeczki”, opowiada nam o pracy nad filmem.

Akcja „Mandarynki” toczy się w czasie Bożego Narodzenia. Czy masz jakiś szczególny stosunek do tych świąt?

Sean Baker: Powiem szczerze, że niespecjalnie je lubię. Nie jestem osobą religijną i nie uważam, że jako społeczeństwo potrzebujemy wspólnej przerwy od codziennej rutyny. Boże Narodzenie podoba mi się jedynie dlatego, że to specyficzny czas, w którym nawet wielkie metropolie pustoszeją i stają się nienaturalnie spokojne.

Bohaterki twojego filmu, dwie transseksualne prostytutki, robią jednak na ulicach Los Angeles niezłe zamieszanie.

W okresie świąt ludzie tacy jak moje bohaterki bardzo mocno odczuwają swoje wykluczenie ze społeczeństwa. W końcu większość z nas – niezależnie od światopoglądu i statusu społecznego – spędza Boże Narodzenie z rodziną. Wyklęci przez swoich krewnych transseksualiści nie mają takiej możliwości. Zamiast śpiewać kolędy i ogrzewać się przy kominku, piją, ćpają i prostytuują się. Nic dziwnego, że rodzi się w nich poczucie frustracji i gniewu, któremu dają upust przy pierwszej możliwej okazji.

FILM Mandarynka

Choć opowiadana przez ciebie historia jest bardzo gorzka, w „Mandarynce” nie brakuje jednocześnie skłonności do komicznej przesady.

Ten kontrast stanowi z pewnością owoc mojej kampowej wrażliwości i eklektycznego gustu. Wymarzyłem sobie „Mandarynkę” jako połączenie hermetycznych eksperymentów Paula Morriseya z radosnym bezguściem kina gatunkowego lat 80.

Mam wrażenie, że twój film to ekscentryczny list miłosny do Los Angeles. Skąd pomysł, by osadzić akcję „Mandarynki” akurat w tym mieście?

Uznałem, że mam do spłacenia pewien dług. Przez niemal całe swoje życie mieszkałem w Nowym Jorku i wiedziałem o LA akurat tyle, ile pokazywały mi mainstreamowe filmy. Gdy cztery lata temu się tam przeprowadziłem, z miejsca zorientowałem się, że Miasto Aniołów kryje w sobie znacznie więcej niż tylko Beverly Hills, Hollywood i Aleję Sławy. Niemal każdego dnia poznawałem w Los Angeles fascynujących ludzi i odkrywałem dziwaczne miejsca, które nie miały dotychczas swojej reprezentacji na kinowym ekranie. Uznałem, że najwyższy czas to zmienić.

A zatem nie zgodziłbyś się z własną bohaterką, która stwierdza w pewnym momencie, że „LA to pięknie opakowane kłamstwo”?

Rozumiem Ashken, bo podobne zdanie wyraża wielu outsiderów, którzy nie potrafią znaleźć swojego miejsca w tej specyficznej przestrzeni. Mnie osobiście Los Angeles wydaje się wspaniałym kulturowym tyglem, które ma w sobie cząstkę atmosfery kojarzącej się z Dzikim Zachodem. Stereotyp, zgodnie z którym mieszkańcy tego miasta są fałszywi, a relacje między nimi powierzchowne to w dużej mierze mit utrwalany przez kino i literaturę.

Wśród bohaterów „Mandarynki” znajdują się zarówno przedstawiciele mniejszości seksualnych, jak i narodowych. Dlaczego tak bardzo interesuje cię problematyka inności?

Każdy z nas bez wyjątku doświadcza miłości, bólu, szczęścia i pożądania. Dlaczego zatem nie pokazywać jak te uczucia funkcjonują w obrębie różnych kultur i społeczności? Promowanie inności jest nie tylko ciekawsze artystycznie, lecz także wspiera bliską mi ideę równości wszystkich ludzi, niezależnie od dokonywanych przez nich wyborów czy wyrażanych przekonań.

Do najważniejszych bohaterów „Mandarynki” należy przybyły z Armenii taksówkarz, który ukrywa przed rodziną swe nietypowe skłonności seksualne. Czy uczynienie go akurat Ormianinem miało dla ciebie szczególne znaczenie?

Tak, bo – choć w Los Angeles mieszka wielu imigrantów z Armenii – bardzo rzadko stają się oni bohaterami jakichkolwiek filmów. Poza tym, z tego co mi wiadomo, przybysze z tego kraju są bardzo konserwatywni i nie tolerują w swoim środowisku wszelkich odmienności seksualnych. Każdy kto je przejawia jest zatem skazany na tę samą konspirację, która staje się udziałem mojego bohatera.

Aktorki grające dwie główne role w „Mandarynce” to prawdziwe transseksualistki. W jaki sposób udało ci się trafić na ich ślad?

Wraz z moim współscenarzystą, Chrisem Bergochem, udaliśmy się do położonego w Los Angeles centrum LGBT. Gdy tylko tam weszliśmy, zwróciliśmy uwagę na przechadzającą się korytarzem dziewczynę i spontanicznie do niej zagadaliśmy. Była to Mya Taylor, która później wcieliła się w rolę Alexandry. Gdy opowiedzieliśmy jej o projekcie, od razu wykazała oczekiwany przez nas entuzjazm. Od tego czasu spotykaliśmy się mniej więcej raz na tydzień i wysłuchiwaliśmy historii i anegdot z życia koleżanek Myi, które później wykorzystaliśmy w scenariuszu. Niedługo później Mya przedstawiła nas swojej koleżance Kitanie Kiki Rodriguez, która wcieliła się w rolę Sin – Dee. Obie dziewczyny do samego końca były naszymi najważniejszymi przewodniczkami po ekranowym świecie.

Z powodu niskiego budżetu postanowiłeś zrealizować swój film przy pomocy iPhone’a 5 S. Czy zgadzasz się z Richardem Linklaterem, który stwierdził, że „nie ma nic bardziej inspirującego niż ograniczenia”?

Gdybyś spytał mnie o to samo w trakcie zdjęć, z miejsca bym cię znienawidził. Realizacja właściwie każdej sceny wpędzała mnie we frustrację i oznaczała konieczność rezygnacji z pierwotnych zamierzeń. Z perspektywy czasu uważam jednak, że gdyby nie te wszystkie ograniczenia, nasz film byłby wprawdzie zupełnie inny, ale wcale nie jestem pewien czy lepszy. Konieczność walki z przeciwnościami losu była przecież inspirująca i stymulowała naszą kreatywność.

Czy można powiedzieć, że dzięki tym trudnym warunkom udało się wytworzyć na planie szczególne poczucie wspólnoty?

Chyba dopiero dzięki „Mandarynce” zrozumiałem, że zdanie „film to wysiłek zbiorowy” nie jest pustym frazesem. Specyfika projektu i jego znaczenie dla środowiska LGBT sprawiała, że wszyscy czuli się odpowiedzialni za końcowy efekt i nie ograniczali się tylko do wykonywania obowiązków, które były określone w kontrakcie. Pamiętam, że gdy zaprezentowałem ekipie wersję z wybraną przeze mnie muzyką, oburzona Kiki zaczęła wrzeszczeć: „Ok, w naszym filmie jest sporo zabawnych momentów, ale chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zrobiłeś z niego pieprzoną farsę?”. W efekcie wyrzuciłem tamte piosenki do kosza, opracowałem nową ścieżkę dźwiękową i mogę śmiało powiedzieć, że wybuch Kiki uratował nasz film.

Rozmawiał: Piotr Czerkawski

Dodaj komentarz

-->