Uciekający udon
Z jedzeniem jest jak z piosenkami. Polacy lubią jeść głównie to, co dobrze znają. To dlatego w ostatnich latach po Warszawie jak wirus rozprzestrzeniły się burgerownie, a kuchnia japońska okopała się w fortecy z sushi. Surowa ryba z ryżem – dwie dekady temu symbol wysokiego statusu tych, którzy przecierali szlaki briefom, deadline’om i asapom – z centrum miast wpłynęła do osiedlowych sypialni i na wylotówki, podejmując rywalizację z pizzą i chińszczyzną. Że Japonia to nie tylko nigiri i maki, warszawscy restauratorzy przypomnieli sobie dopiero niedawno. Pierwszą jaskółką zmian były ramen-bary. Teraz przyszedł czas na udon. Ten pszenny gruby makaron jest specjalnością Uki Uki, działającego od kwietnia lokalu przy ulicy Kruczej.
Wyrabiany na oczach klientów i cięty w jedynej w Polsce specjalnej maszynie, która niestrudzenie szykuje kolejne porcje. Grubym nitkom asystuje tu zdecydowanie niegrubiańskie towarzystwo. Znakiem firmowym restauracji jest tradycyjny rosół rybny bonito w dwóch wariantach. Pierwszy, kama-age (20-36 zł), wymaga sporych umiejętności manualnych i instrukcji obsługi. Na tacy ląduje bowiem osobno wywar, poszatkowany imbir i por, grzybki shitake, warzywa i krewetki w chrupiącej tempurze i sprawca całego zamieszania – udon w wielkiej drewnianej misie. „Wody po makaronie proszę nie pić”, instruuje pan kelner i pokazuje, co z czym i jak łączyć. Przetransportowanie sprężystych, długich nitek do miseczki z zupą to wyzwanie. Goście – podpatruję – wypracowują różne strategie, pomagają sobie łyżką, robią pętelki lub idą na łatwiznę, chwytając palcami. Mój udon walczy do końca. Czmycha między talerze, ochlapuje nie tylko mnie, ucieka z miski. Ale ta gimnastyka się opłaca. Gotowa zupa nie ma nic wspólnego z chińskimi rosołkami, jest sycąca i bardzo aromatyczna, oparta na dwóch wyraźnych filarach – słodyczy wywaru i ostrości przypraw. Drugi rodzaj rosołu – sanuki udon (20-36 zł) – przypadnie za to do gustu bardziej leniwym. Makaron ukryty jest tu już w rybnym wywarze, który okazuje się bardziej delikatny, mniej słodki, ale równie treściwy. W Uki Uki najfajniejszy jest ten kulinarny DIY. Samemu uciera się podany w moździerzach sezam, decyduje o proporcjach, wyławia i miesza. By goście skupili się na przyjemności jedzenia, właściciele zdecydowali się na jeszcze jeden krok – w lokalu nigdy nie będzie WiFi. Ma to odciągnąć ich od ekranów telefonów. Pozwolić zahipnotyzować się kluskom.
ul. Krucza 23/31
godziny otwarcia:
wt.-niedz. 12.00-21.00


