W którejś ze scen filmu #SztukaRapu – dokumentu będącego jednym z najlepszych hołdów dla kultury hiphopowej – jego autor, #IceT, wspomina, że w początkach całego ruchu wystarczyło postawić któregokolwiek osiedlowego gangstera, dilera czy alfonsa przed mikrofonem, a on zaczynał opowiadać swoją historię.
Co ciekawe – wszystkie te relacje zdawane były za pomocą rymujących się wersów. Słuchając oficjalnego debiutu kalifornijskiego MC noszącego ksywę #SchoolboyQ, mogłoby się wydawać, że przez ostatnie 40 lat nic się nie zmieniło. Fascynacja bronią, słabość do narkotyków i daleki od równouprawnienia stosunek do kobiet nadal co prawda stanowią paliwo napędowe dla tysięcy amerykańskich #enfantsterribles, ale wokół zmieniło się dokładnie wszystko. Rap z podziemia przeszedł do głównego nurtu, biznes kręci się na najwyższych obrotach, a sprzedaż gramofonów i komputerowych programów do tworzenia muzyki od lat bije popyt na gitary czy zestawy perkusyjne. I choć zastępy trueschoolowych marud zrzędzą ciągle na forach, wspominając z rozrzewnieniem złotą erę, to ja się cieszę. Fajny jest ten współczesny hip-hop: pamięta o korzeniach, horyzonty ma otwarte na wszelkie możliwe trendy i gatunki, a wyciągnąwszy wnioski z doświadczeń #Dre, Timbalanda i Neptunesów, zrozumiał też, jaką wartość ma dobra piosenka. Co prawda cykacze rozpędzą się czasami do tempa rodem z dyskoteki, któryś nawijacz zawyje jak Mariah Carey przed Świętami, a piosenkowość wielu rozumie tylko w kategoriach popowych featuringów, ale i tak jest dobrze. #Oxymoron jest tego dowodem – chwytliwym i zróżnicowanym brzmieniowo krążkiem pełnym wspominek o xanaxowych śpiączkach i pistolecie, który babcia trzymała za piecem. Jest oksymoronem spajającym popowy potencjał i szowinistyczną, przećpaną bezkompromisowość, którą „Uczniak” nabywał wraz z resztą ekipy Black Hippy. Kendrick Lamar może być dumny z kumpla ze składu. Obawiać się jednak nie ma czego, bo jedną zwrotką kradnie mu cały album.
#SchoolboyQ
#Oxymoron
#TopDawg / #Interscope
