Bistro la Cocotte

Warszawa Mokotowska 12

Mało jest miejsc w Warszawie, gdzie można odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. A na pewno nie ma ich w Śródmieściu, gdzie raczej królują kawiarnie ze stolikami na chodniku, głośne bary i restauracje z widokiem na ulicę.

I choć miasto kocham miłością pierwszą, to czasem po prostu mam go dość. Otwarte niedawno na Mokotowskiej bistro La Cocotte to idealne miejsce na śródmiejski odpoczynek. Knajpa ukryta w bramie jednej z modniejszych ulic w Warszawie przypomina małą, włoską restauracyjkę w górskim kurorcie. Obrusy w czerwoną kratkę, jasne wnętrze i pięterko, na którym można się schować. Domowo i bardzo przytulnie. Na wejściu wita nas chłopak, który uwija się w mikroskopijnej otwartej kuchni. Nie ma nic do ukrycia. Ręce przybrudzone od obierania warzyw, fartuch w kulinarne abstrakcje i szeroki uśmiech, który rekompensuje wszystko. Karta wypisana na czarnej tablicy jest krótka i intrygująca, a co ważne – w połowie zamazana. Jedzenie więc tu „schodzi”. La Cocotte, które – o dziwo – nie jest nazwą frywolnej pani w bramie, a określeniem brytfanki, specjalizuje się w kuchni francuskiej. I na szczęście nie jest kolejną piekarenką czy knajpą z winem i ślimakami, tylko miejscem z prawdziwego zdarzenia. Zachęcona widokiem kucharza i podpuszczona przez kelnera decyduje się na odważne zamówienie – sałatkę z musem jabłkowym, ziemniaczkami, miętą i boudin noir, czyli kaszanką bez kaszy (28 zł). Do tego domawiam klasyczną cebulową (10 zł), grzanki z bakłażanem i serem pleśniowym (10 zł) i boeuf bourguignon. Jedzenie gorące i aromatyczne dostaję w ekspresowym tempie. I w takim samym znika ono z talerza. Boeuf podany na idealnie mlecznym purée rozpływa się w ustach, cebulowa pod pierzynką z sera świetnie rozgrzewa, a chrupiąca sałatka ze świeżym jabłkiem i ciepłą kaszanką jest kulinarnym objawieniem. Do szczęścia brakuje jedynie wina, którego niestety na razie nie można tu dostać. Wieczór, który miło przelewa się przez palce, kończę creme brûlée (6 zł), który ma podręcznikową konsystencję i skorupkę. Jestem w niebie. Szkoda tylko, że La Cocotte nie jest w górskim kurorcie, tylko w centrum miasta. Po takiej uczcie miło by było wytoczyć się na stok albo chociaż odetchnąć świeżym powietrzem. Cóż, wczasy nie trwają wiecznie.

Dodaj komentarz

-->