Zderzenie się z mityczną Fabryką Snów bywa bolesne i niejeden „przyjezdny” #reżyser połamał sobie na tym zęby. Hollywoodzki system produkcji przypomina raczej zwykłą transakcję kupna-sprzedaży, więc o artystycznej dumie trzeba raczej zapomnieć. Mogłoby się zatem wydawać, że blockbustery to ostatnie miejsce dla filmowych autorów. Tyle że kilku z nich czasem zadaje tej opinii kłam, przekonując, że sztuka reżyserii to nie tylko praca na planie. To także umiejętne lawirowanie między oczekiwaniami producenta a tym, by w jak największym stopniu pozostać wiernym własnej wizji.
Bez dwóch zdań jednym z takich spryciarzy jest Meksykanin #AlfonsoCuarón. A skoro nie dał się nawet przy jednej z części „Harry’ego Pottera”, to o „Grawitację” można było być raczej spokojnym. Wystarczy pierwsza kilkunastominutowa sekwencja naprawy teleskopu Hubble’a, mająca w sobie wiele z baletowego wdzięku, by wiedzieć, że i tym razem Cuarón zaserwuje coś więcej aniżeli zwykły kosmiczny thriller. Paradoksalnie nie przeszkodzi w tym ani #GeorgeClooney (tu obawy były mniejsze), ani #SandraBullock (tu zdecydowanie większe).
Pozytywnie zaskakuje zwłaszcza aktorka, dla której rola wysłanej w kosmos inżynier medycznej była wielkim wyzwaniem, zarówno fizycznym, jak i mentalnym. Postać doktor Ryan uosabia bowiem fobie wielu z nas – lęk przed przestrzenią, pustką i dojmującą ciszą. Przy okazji jej sytuacja jest rewersem tego, co nie tak dawno śledziliśmy na ekranach telewizorów, podziwiając poczynania Felixa Baumgartnera. Kiedy kobieta w wyniku wypadku zaczyna swobodnie dryfować w przestrzeni kosmicznej, Cuarón podkręca tempo, z dużym wyczuciem dawkując napięcie. Pomaga mu w tym tzw. syndrom #Kesslera, wskutek którego drobna kolizja może wywołać w kosmosie coś na kształt górskiej lawiny. #Reżyser na własną modłę stara się modelować znane konwencje. Czasem wpada w ich pułapkę (syndrom nieśmiertelnego – ile można?), by po chwili z klasą się z nich wykaraskać (świetny zabieg z postacią Clooneya). Wielkie oparcie znajduje jednocześnie w operatorze Emmanuelu Lubezkimbędą padały słowa: „Houston, mamy problem”.
