Kiedy po raz pierwszy jechałam do Salonu Gier, taksówkarzowi – gdy usłyszał nazwę – aż zaświeciły się oczy. Ale nie dajcie się zwieść, fani hazardu – Salon Gier to nie kolejna buda z jednorękim bandytą, w której przesiadują ogoleni na łyso chłopcy w kreszowych dresikach, ale nowa warszawska kawiarnia i imprezownia. Skupmy się na członie pierwszym. Salon ma dwa poziomy – na górze jest ładnie, kolorowo i przytulnie. Można się tu napić czekolady (14 PLN), latte z cynamonem (8 PLN) i zagryźć to np. ciastem kokosowo-migdałowym. Właściciele chwalą się, że miejscówka działa non stop, więc jeśli będziecie mieli ochotę na pogaduchy z przyjaciółmi o piątej nad ranem, to wiecie, dokąd iść. Gdy zejdziecie na dolny poziom Salonu, jego nazwa stanie się jasna. Malunki na ścianach przypominające złote czasy spędzane przed Amigą 500 i bar wyłożony starymi komputerowymi klawiaturami tworzą lekko geekowską aurę. Poziom imprezowy jest lekko mroczny i brudnawy, co przywodzi mi na myśl świętej pamięci Jadłodajnię i sprawia, że od razu odnalazłam się w tej piwnicznej przestrzeni. Akurat podczas mojej wyprawy do Salonu (kwietniowe oficjalne otwarcie klubu) na dole grał zespół o fascynującej nazwie Cipaswdupas, który przyciągnął dość sporą rzeszę amatorów – spodziewajcie się więc dość niszowej i niepowtarzalnej oferty kulturalno-imprezowej. Ach, i jeszcze jedno – do tego nowego miejsca jest rzut beretem od Małego Piwa, w którym ostatnio cała aktivistowa ekipa lubi przesiadywać. Zatem dwa piwka w ramach biforu i można na piechotkę przejść się na imprezę (a na after znów do Małego, dobrze to wymyśliłam, prawda?). [Aleksandra Żmuda]
Salon Gier
Warszawa
