Wy, ludzie internetu. Wy, którzy znacie tajne hasła do wrót kultury niemainstreamowej. Wy, czytelnicy muzycznych blogów i fanpage’ów (o liczbie fanów nie przekraczającej 20 tys.), słuchacze KEXP, KCRW i The Current. Wy, czytelnicy Pitchforka i Stereogum łowiący nowe, gorące zespoły na rok przed ich debiutami. Wy, twitterowi followerzy didżejów z BBC1. Wreszcie – wy, widzowie Joolsa Hollanda, Lettermana i Tonight Show. Nawet nie wiecie, w jakiej mniejszości się znajdujecie. Szczególnie, gdy otaczacie się podobnymi do was. Żyjemy wszyscy w innym kosmosie niż „typowy Janusz” odpalający Opole 2014 na jedynce. Dlaczego?
Gdyby stwierdzić, że w Polsce nie ma mediów alternatywnych promujących – nazwijmy to – INNĄ muzykę, nie byłaby to do końca prawda. Pojawiają się co jakiś czas i znikają. Za każdym razem w podobny sposób – zasiewają ziarenko, łapią uwagę niszy, w którą celują, po czym – zanim ziarenko zacznie kiełkować – kończą działalność zniechęcone tym, jak mało rentowna to nisza. Po co budować coś i przebijać się mozolnie do świadomości „normalsów”, skoro można skuteczniej przyciągnąć ich uwagę programem typu „talent show” lub niskich lotów „reality show” z dzikami i gąskami w rolach głównych. Rozumiemy to. Nie należymy do pierwszych niezadowolonych, nie odkrywamy Ameryki, ale też nie udajemy, że ten zastany ład jest fajny.
„Talent show” – to jest najlepsze. Nie starczy nam palców u rąk, by policzyć „dobre rady” ludzi, abyśmy zgłosili się do „Must be the voice of factor”. Nie zapomnimy też pewnych komentarzy w internecie na nasz temat: „no nie wiem nie, wiem, ciekawe co by na to powiedział pan Adam Sztaba”. Pyk – i mamy właśnie typowego Janusza przed telewizorem, dla którego muzyka to jest jak się ładnie powyciąga górki w coverze Whitney lub Adele. Do tego trzeba mieć nienaganny ruch sceniczny i w miarę uroczy uśmiech (a kierować go należy do odpowiedniej kamery). Występ dobiega końca, Janusz ma jednak wciąż wątpliwości, czy to było spoko. Tu z pomocą przychodzi wyrocznia z jury, która mówi, że ogólnie okej, ale było jedno załamanie głosu, a druga część refrenu nie w tonacji. „Stres cię zjadł, ale ty to masz – powiem ci – tyle wdzięku w sobie, że ja to kupuję!”. Adam approves, Janusz approves. Lecimy dalej.
Teraz już zupełnie poważnie – kto obecnie pełni rolę prawdziwego łowcy talentów i promotora na dużą skalę? Festiwale. Jak dobrze, że je mamy. One z kolei mają małe sceny dla „młodych i obiecujących”. Bookerzy nie boją się zapraszać nikomu nie znanych artystów oraz zespołów – wiemy to po sobie, a jakże! Mają w ręku reklamy, partnerów medialnych, gości z zagranicy i ogromną publiczność. Co jednak najważniejsze, a wciąż tak niezwykle rzadkie – otwarte głowy. Nie oburzajcie się, gdy na miesiąc przed „igrzyskami” organizatorzy ogłaszają mało znane polskie zespoły, zamiast wyczekiwanych przez was: London Grammar, albo FKA Twigs. Pozwólcie tym zespołom jakoś zaistnieć.
Maciek
fot. Filip Blank/ Example.pl

