QUEBONAFIDE – Armie pod oknem

foto: Piotr Pytel

Jest jedną z największych, najbardziej ambitnych i najszerzej myślących postaci na rodzimym rynku muzyki rap. To, że rozmawia ze mną, siedząc za biurkiem, przy którym napisał większość swoich tekstów, pozwala mu zapewne na nieco więcej szczerości, niż można z ciebie wykrzesać w jednej z licznych anonimowych kawiarni, w których zwykle odbywają się wywiady.

Jak w numerze „Zorza”! – napisał manager Quebonafide w odpowiedzi na pytanie, gdzie dokładnie mam się spotkać z raperem, którego odwiedzam w jego rodzinnym Ciechanowie. Pod wymienionym w utworze adresem czeka na mnie nie tylko sam MC, ale również jego mama, siostrzeniec i… pretensje, że się nie zapowiedziałem wcześniej, bo nie ma ciasta. Siadamy z 26-letnim autorem dwóch platynowych płyt w jego pokoju, który wygląda dokładnie tak, jakby jego nastoletni właściciel dopiero co wyszedł do szkoły. Quebo jednak, kiedy opuszcza rodzinny dom, ląduje raczej w Azji, gdzie kręci klip, we Włoszech, gdzie nagrywa numer z tamtejszym hiphopowym numerem jeden, albo gdziekolwiek w Polsce, żeby zagrać jeden z niezliczonych koncertów na nieustannie trwającej trasie koncertowej.

Spotykamy się w Ciechanowie, gdzie się urodziłeś, wychowałeś, w miejscu, do którego wciąż wracasz, gdy tylko masz przerwę w trasie. Jak wspominasz lata spędzone tutaj?

Bardzo dobrze. Fikuśne lata, młodzieńcze. Teraz traktuję to miejsce jako swój azyl – nie mam żadnego innego punktu, do którego bym na stałe wracał. Przylatuję tu naładować baterie. Sam Ciechanów to małe miasto z małomiejską mentalnością, w którym nie ma zbyt wielu szczególnie ciekawych miejsc. Najciekawszym jest na pewno zamek królowej Bony, który mieści się jakiś kilometr od mojego domu i ma dla mnie wartość przede wszystkim dlatego, że organizowano tam swego czasu pierwsze tutejsze ustawki freestylowe. To pozwoliło mi pokazać się nie tyle większej publiczności, ile w ogóle jakiejkolwiek, i pozwoliło mi zainteresować się freestyle’em i mocniej zaangażować w rap. Najwięcej sentymentu mam jednak do tego, które jest tu za rogiem – to boisko mojej podstawówki – tu graliśmy w piłę, tu się zbieraliśmy, żeby pojechać na stadion, i tu spędzałem zdecydowanie najwięcej czasu.

foto: Piotr Pytel

Czym jest ta małomiejska mentalność, o której wspomniałeś?

To coś, co ja też mam w sobie – kiedy jestem w dużym mieście, to na dłuższą metę zawsze mnie to męczy i muszę odpocząć. A to, że Ciechanów jest mały i nie pozwala za bardzo zwariować, sprowadza mnie na ziemię. Kiedy tu przyjeżdżam i patrzę na to, gdzie się wszystko zaczęło, że na początku nic nie było takie wielkie, a możliwości tak mnogie, to mi się zawsze zapala lampka – to tu zaczynałeś, na tym boisku, pod tym zamkiem i nie ma co szaleć, nie ma co głupieć, nie ma czym sobie pompować ego. A tak poza wszystkim, to to biurko, przy którym siedzę, to jedyne miejsce, w którym potrafię pisać teksty. Piszę tylko tutaj. Ewentualnie, jeżeli już mi się zdarzy na sto tekstów napisać coś poza domem, to i tak bazuję na szkieletach, które opracowuję w moim szalonym laboratorium. Muszę być sam i mieć wolną noc – wszyscy śpią, a ja zaczynam działać.

Nie strzeżesz jednak tej swojej ostoi jakoś szczególnie zaciekle, bo w numerze „Zorza” zdradziłeś swój adres.

I przez to szturmują tu naprawdę całe armie. Teraz, jak mnie dłużej nie było, to się trochę uspokoiło, ale jeśli ludzie wiedzą, że jestem w mieście, to mam tu dziennie kilkanaście pielgrzymek pod oknem. Gdy siostra wyprowadza psa, proszą, żebym zszedł, ja schodzę, a oni siedzą wszyscy tu na schodkach, gdzie my za małolata. I też dlatego ja się właściwie nie ruszam z domu, bo ostatnio jak wyszliśmy z ziomkami na miasto, to na trasie stąd do rynku – czyli jakieś siedemset metrów – mieliśmy taki ogon, że hej. Jeden wielki Snapchat kręcony.

Adres to niejedyna „prywata”, którą zdradzasz w tekście „Zorzy”. Masz jakieś granice tego, co jesteś gotów opowiedzieć w swoich numerach?

Wydaje mi się, że nie. Jedynym ograniczeniem jest moja pamięć. Bo wielu ciekawych historii już nie pamiętam. Teraz mam w planach płytę bardzo ekshibicjonistyczną – dużo bardziej niż wszystko, co do tej pory nagrałem, taką „Zorzę” razy dziesięć, i będę się musiał bardzo skupić i przypomnieć sobie pewne zdarzenia i emocje. Pisanie takich rzeczy działa na mnie terapeutycznie i wydaje mi się, że tak to powinno funkcjonować. Właśnie takie kawałki najbardziej lubię pisać – żeby nie myśleć o tym, co z czym połączyć, tylko siadam i spisuję historię. I też z tych numerów najczęściej jestem najbardziej zadowolony – takich, które prosto z serducha wypływają, i już później do nich nie wracam.

Ta terapeutyczna funkcja tekstów to już trochę taki wytarty frazes. Naprawdę pisanie pomaga ci przepracowywać pewne rzeczy?

Pewności mieć nie mogę, ale od momentu, w którym zacząłem bazować bardziej na swoich doświadczeniach, a mniej na jakichś wyimaginowanych, braggowych rzeczach – dużo lepiej się czuję, pisząc. Tekstowo też to idzie w dobrą stronę, choć jeszcze nie taką, która by mnie satysfakcjonowała. Cały czas się uczę pisania o małych rzeczach. Żeby z małej rzeczy zrobić duży tekst. Jeszcze tak nie potrafię, ale pracuję nad tym.

Muzyczny ekshibicjonizm bywa ryzykowny.

Dlatego chciałbym zupełnie wyłączyć w sobie kalkulację – że to się przyjmie, a to nie – i wydaje mi się, że w dużym stopniu już mi się udało. Moment pisania tekstu to najbardziej prawdziwa chwila w całym procesie tworzenia kawałka. Kiedy siadasz i piszesz słowa utworu, wszystko z ciebie wypływa, a każ-dy późniejszy etap tego procesu – czyli studyjne rejestrowanie czy wykonywanie tego na koncercie – to już jest jakaś forma gry. Możesz na przykład napisać megasmutny tekst i być bardzo smutny w momencie, gdy to robisz, a później, kiedy idziesz do studia, jesteś na maksa wesoły i musisz grać.

foto: Piotr Pytel

Wspomniałeś o dopieszczaniu formy. Zwykle jesteś zadowolony z tego, co wypuszczasz?

Tak zupełnie szczerze, to z rzeczy, które piszę, wypuszczam może jedną na dziesięć. Tak naprawdę jeśli nie dostanę aprobaty z zewnątrz, od takich moich naczelnych krytyków, to nigdy nie jestem usatysfakcjonowany. Mam duży problem z twórczą samooceną, ale wydaje mi się, że to też jest w jakimś stopniu atut. Jeszcze nie napisałem tekstu, który byłby w mojej opinii naprawdę dobrze skonstruowany, ale to mnie motywuje do tego, żeby wreszcie kiedyś to zrobić, i wkładam w to bardzo dużo pracy. To, jak pisałem moje pierwsze teksty, było megakomiczne – siadałem i potrafiłem cztery godziny myśleć, żeby jeden wers napisać. Później zacząłem freestylować i to mi szło coraz lepiej, ale też mnie ograniczało w pisaniu, bo improwizacja nie pomaga składać spójnych tekstów, tylko bazuje na prostych skojarzeniach i wokół tego się kręciłem. A teraz chciałbym bardzo, żeby tekst był ubrany od A do Z w jakąś formę, którą sobie wymyśliłem, i do tego jeszcze mówił – z mojej perspektywy – o rzeczach istotnych dla innych ludzi.

Podobnie jak freestyle internet zdaje się przeszkadzać w pisaniu spójnych tekstów, on też ciąży ku prostym skojarzeniom.

I dlatego też od przyszłego tygodnia chcę zupełnie zniknąć z sieci, totalnie się rozpłynąć i wrócić dopiero w momencie, kiedy płyta będzie gotowa. Żeby od tego wszystkiego odpocząć i dać sobie więcej luzu. W podróży, kiedy przez dwa tygodnie jestem odcięty od sieci, lepiej mi się pisze, moja głowa lepiej funkcjonuje. Internet to właściwie moje jedyne uzależnienie. Staram się nad tym panować, ale nie jest łatwo, więc w najbliższym czasie chcę się z tym problemem rozprawić. To trudne o tyle, że jestem od sieci uzależniony również „pracowniczo”, bo moim głównym – a właściwie jedynym – narzędziem promocji jest właśnie internet, który też – nie oszukujmy się – dał mi wszystko, co mam obecnie.

Jesteś w pierwszej dziesiątce najczęściej klikanych raperów w sieci, ale twoje kanały w social mediach są dosyć stonowane – nie dzielisz się tam wszystkim.

Mam świadomość, że w moim życiu dzieje się dużo więcej, niż to, co pokazuję w social mediach, ale jednak przez ostatni czas i tak chodzę trochę jak ten ekshibicjonista, z jajami na wierzchu. Myślę, że wszystkich najfajniejszych momentów, które mi się przytrafią, nie ma udokumentowanych w sieci, ale może byłoby ich więcej, gdybym czasami nie myślał o tym, żeby zrobić zdjęcie i wrzucić je ludziom. Bo ja szczerzę nienawidzę streamowania rozmów, relacji z domu i odsłaniania się tak na sto procent. Wydaje mi się, że tak jak kiedyś był w rapie przekaz: „nie sprzedawaj ziomka i bądź prawilny”, i już się tego wszyscy nauczyli, to teraz, w XXI w., trzeba wrzucać jakiś cyberprzekaz – że jak twój ziomek leży najebany na melanżu, to nie idź i go nie kręć, że jak widzisz w kolejce przed sobą chłopa, któremu widać pół dupy, to nie rób mu zdjęć i się nie śmiej. Strasznie mnie to irytuje. Że nie możesz dzisiaj nikomu nic szczerze napisać i mieć pewności, że on nie zrobi z tego screenshota i nie puści dalej. To jest dla mnie słabe i ogranicza mocno wolność osobistą.

foto: Piotr Pytel

Zupełne wyjście z sieci to dosyć radykalny ruch. Nie boisz się, że twoi fani o tobie zapomną? Bo dziś nawet koncert, z którego nie ma zdjęć, przez wielu jest traktowany jako niebyły.

Coraz częściej staram się mówić w trakcie koncertów, że dobra, do tego momentu kręciliście, macie już pamiątkę, a od teraz robimy totalną wariację – wszyscy chowają telefony i skupiamy się tylko na tym, żebyście wy dawali mi swoją energię, żebym ja dawał wam swoją i żeby ona krążyła pomiędzy nami. Bo są takie momenty na koncertach, że dosłownie wszystkie ręce są w powietrzu z telefonami. To jest XXI w., nie zahamujemy tego, ale możemy się starać ustalić pewne granice. Tak samo jest po koncertach – ja naprawdę potrafię wyjść do ludzi i robić sobie z nimi zdjęcia przez cztery, pięć godzin, dłużej, niż trwa sam koncert i… spoko, uważam, że to mnie nic nie kosztuje, i jeżeli tylko mam wolny czas i siłę, to mogę to robić, ale ostatnimi czasy te frekwencje zaczęły mocno przerastać moje możliwości. I robię te zdjęcia przez ileś godzin, a jak w końcu wychodzę, to mi jeszcze ludzie ubliżają i później mnie kręcą w sytuacjach, w których ja naprawdę tego nie chcę. Jestem megawyluzowany i jeśli ktoś mnie prosi o zdjęcie na mieście, to nie mam z tym problemu, bo też jestem daleki od myślenia, że ja jestem inny od tych ludzi, że dzieli nas jakaś bariera – wręcz przeciwnie, myślę, że to jest megafajne, jak łapię z tymi ludźmi kontakt i większość tych przypadków to też są ludzie, którzy mnie słuchają. Mam dla nich ogromny szacunek, ale czasem chciałbym od tego odpocząć. Jak jestem megazłachany, po czterech koncertach, wychodzę z hotelu niewyspany, ropa w oczach i tylko myślę o tym, żeby wejść do fury i wrócić jak najszybciej do domu a tu czeka już na mnie cała armia gotowa gryźć po kostkach, jak nie zrobię sobie z nimi zdjęcia. Stałem się trochę więźniem tego wszystkiego. A taki – na przykład – Justin Bieber, to wolę sobie nie wyobrażać, co przeżywa. Ostatnio się śmiejemy, jak wychodzimy z koncertów, że jest Justin Bieber mode on.

A w domu widzę, że raczej „Mały Książę” mode on, bo leży tu książka obok twojego łóżka. Ty się czujesz dorosły?

Nie, w żadnym stopniu, w ogóle chciałbym się zestarzeć, nie doroślejąc. Skoro już jesteśmy przy „Małym Księciu”, to najbardziej inspirujący jest dla mnie fragment o bankierze, gościu, który cały czas liczył i powtarzał w kółko – jestem taki poważny, taki poważny, taki poważny. A ja w ogóle nie jestem poważny i powaga mnie śmieszy. Są oczywiście sytu-acje, w których powagę trzeba zachowywać, ale ja raczej do wszystkiego mam trochę dystansu i dużo dziecka wciąż we mnie siedzi. Jestem totalnie oderwany, wszystko, co się dzieje wokół mnie, dzieje się trochę poza mną, mnie nie ma w tym wszystkim – ja żyję tym moim szalonym cyklem, dziwnymi pomysłami i tym, co się dzieje u mnie w głowie. Ale też zawsze tak miałem – od dziecka lubiłem wyglądać inaczej, męczyło mnie, jak za długo byłem w tym samym stanie skupienia. Tu każdy, kto mnie zna od małego, powie ci, że nieważne, czy miałem 10 lat, 15 czy 20, to zawsze wyglądałem inaczej – jakieś soczewki, różne fryzury, ubraniowo też szukałem różnych sposobów wyrażenia siebie i zawsze sprawiało mi to dużą frajdę. Uważam, że każdy powinien mieć wolność wyrażania siebie, jakkolwiek tylko ma na to ochotę. Jak mi wszyscy raperzy powtarzali cały czas „bądź sobą, bądź sobą, bądź sobą”, to ja właśnie jestem takim gościem, który cały czas jest… inny.

Opowiadałeś mi kiedyś, że kiedy kręciłeś pierwsze klipy, to nie czułeś się dobrze ze swoją aparycją. Dziś jesteś kompletny?

Mam nadzieję, że nigdy nie będę kompletny, bo cały czas się bawię formą, dużą radość sprawia mi zabawa sobą. Bo to nie jest tak, że coś mi się w pewnym momencie odpięło, jak przyszła sława, tylko zawsze, od dzieciaka tak miałem. Na pewno pozwala mi to zachowywać wewnętrzny spokój i też dużo lepiej się czuję, wyglądając właśnie tak – róż-nie. Ta wolność wyrażania siebie w bardzo dużym stopniu wyleczyła mnie z kompleksów i wstydu – to tatuowanie, przebieranie się, różne fryzury. Ostatnio stanąłem przed lustrem, spojrzałem na siebie i, kurwa, faktycznie dużo bardziej się teraz sobie podobam niż kiedyś.

Ty w ogóle jesteś dla mnie symbolem tego, jak bardzo przez ostatnie dwadzieścia lat zmieniła się scena rapowa w Polsce.

Ja sam nigdy bym nie podejrzewał, że z taką ksywką i takim wyglądem można się wybić na naszym rapowym podwórku. Tesla by tego nie wymyślił, że gość z ksywką, której większość nawet nie potrafi wymówić, przebił się do tego środowiska i zaszedł w nim tak daleko. Ale ja nigdy nie myślałem o tym, do kogo mam dotrzeć, nigdy nic nie targetowałem – mam na tyle różnorodną osobowość, która się składa z tak wielu puzzli, że nigdy nie wiem, czy któryś z nich się nie odłączy i nie poleci do jakiejś innej grupki ludzi.

No i te puzzle lecą, a wraz z nimi leci też kasa z płyt, koncertów, wyświetleń…

Nie spuszczam się jakoś szczególnie nad zarabianiem. W ogóle chciałbym móc się zupełnie odizolować od wszelkich spraw biznesowych, to nie jest dla mnie, że ja tu będę rachował, że sobie kupię jakieś mieszkania. Nie – muszę skupić się na robieniu fajnych numerów, fajnych teledysków, fajnych kolaboracji, żeby to wszystko dobrze brzmiało i wyglądało, żebym był z tego zadowolony. Bo mi pieniądz pozwala głównie na to, że nie muszę o nim ciągle myśleć. Lubię wolność i dopóki pieniądze mi ją zapewniają czy dają jej jeszcze więcej, to jestem zadowolony. Rzeczy nie mają dla mnie większego znaczenia. To miejsca i ludzi darzę sentymentem.

A czym dla ciebie jest wolność?

Moja, trochę chyba dziecięca definicja wolności jest taka, że jeśli coś muszę zrobić, to – po prostu – mogę tego nie zrobić. To bardzo prawdziwe w mojej codzienności – jak coś mnie dociska, że muszę to zrobić, to zwykle mówię sobie: nie, wcale nie muszę. To jest dla mnie wolność. Ale tak zupełnie poważnie, to bardzo często się nad tym zastanawiam – bo ja się czuję wolnym człowiekiem, ale co to dokładnie oznacza, słowami nie umiem jeszcze opisać.

Tekst: Filip Kalinowski

Foto: Piotr Pytel

foto: Piotr Pytel