Stara Rzeka – łabędzi śpiew Kuby Ziołka

Stara Rzeka
„Zamknęły się oczy ziemi”

Byłem ostatnio na koncercie Starej Rzeki. I choć debiutancki album tej jednoosobowej formacji zrobił na mnie ogromne wrażenie, a Kuba Ziołek kolejny rok z rzędu jest jednym z najbardziej kreatywnych twórców krajowej sceny niezależnej, to nie spodobało mi się to, co usłyszałem, oj, nie spodobało. Kabaretowa konferansjerka przekomarzająca się z intelektualnym zapleczem projektu, pozbawione majestatu dronowe spiętrzenia i ckliwa gitarowa folklorystyka – bydgoski muzyk utknął we wszystkich grzęzawiskach, które czaiły się na obrzeżach jego pierwszej solowej płyty. Jej nieskrępowana żadnymi stylistycznymi ograniczeniami, rozbuchana kreatywność i do cna pochłaniający, namacalny wręcz klimat nie pozwalały rozglądać się po opłotkach, w skupieniu nakazywały szukać szlaku w tym od dawna wyczekiwanym prześwicie. Tym razem jednak mogłem zerknąć dookoła i… ten świat zdał mi się pozbawiony ducha; oszczędniej wcześniej wykorzystywane riffy zaczęły pobrzmiewać koszmarną – szczególnie na tych ziemiach – progresywno-rockową przeszłością, a natura odbijać się w krzywym, hipisowskim zwierciadle. Biorąc pod uwagę to, że „Zamknęły się oczy ziemi” miały być ostatnim albumem projektu, nie zwiastowało to nic dobrego. Z duszą na ramieniu wyczekiwałem więc tego requiem.

I choć requiem w kontekście płyty, na której znalazły się również utwory wcześniej już wydane i nagrane jeszcze przed debiutem, wydaje się określeniem jak najbardziej na miejscu, to moje obawy okazały się mocno przesadzone. Bo o ile rzeczony koncert świadczył o wyczerpaniu formuły, o tyle sam dwupłytowy krążek znów zawiera ów magiczny element liryzmu, który Ziołkowi wcześniej udało się tchnąć w produkcje sygnowane nazwą Starej Rzeki. Ten liryzm nie wynika jednak tylko z artykulacji dźwięków, o której Kuba opowiadał mi w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z nim w zeszłym roku dla brytyjskiego portalu The Quietus. Tworzy się na jej przecięciu – z odległym pomrukiem syntezatora, odbijającym się echem, ulotnym wokalem i skrawkami inspiracji czerpanych zarówno z folku i sceny songwiterskiej, jak i metalu, free jazzu czy… popu.

To właśnie ze zderzenia tych „obcych” wpływów z dostępną na wyciągnięcie ręki, znajomą muzykowi aurą zrodził się dźwiękowy mit Borów Tucholskich, do którego nawiązuje album „Zamknęły się oczy ziemi”. Na granicy kultury i natury znaleźć bowiem można brzmieniowy świat Starej Rzeki.

Świat, który trudno odmalować w pachnącej jeszcze nowością, sterylnej sali koncertowej, a jednocześnie świat, który w mig pojawia się pod zamkniętymi powiekami, gdy włączam obie płyty formacji. Świat, który okazał się zbyt mały na wieloletnią eksplorację, jednak jego powidoki nieraz jeszcze zamajaczą w któryś z rozlicznych projektów Ziołka. I kto wie, może Kuba wróci kiedyś do niego, gdy zmieni optykę i narzędzia służące do jego badania. Łabędziom taka przerwa wyszła niedawno na więcej niż dobre.

Dodaj komentarz

-->