Skepta – „Konnichiwa”

Ledwie dwa miesiące temu, recenzując najnowszy krążek Kano, pisałem o tym, że grime wciąż czeka na swój wielki moment. Niewiele wody zdążyło upłynąć w Tamizie, gdy Skepta wypuścił wreszcie swój długo wyczekiwany czwarty album. Płytę, która dla drugiej fali tętniącego elektronicznym pulsem brytyjskiego rapu będzie najpewniej tym, czym dla pierwszej było „Boy In Da Corner” Dizzeego Rascala. Albo jeszcze więcej – utoruje wreszcie drogę wyspiarskim nawijaczom na amerykańskie, francuskie czy polskie sceny i rynki.

„Konnichiwa” kojarzy mi się z… „Enter the Wu-Tang (36 Chambers)” wiadomego składu. Tętni tą samą surową, uliczną energią, w swoim minimalizmie jest niesamowicie chwytliwa, a dodatkowo zmienia paradygmat. Bo tak jak debiutancki krążek Wu-Tang Clanu po latach hegemonii zachodniego wybrzeża zwrócił uszy rapowego światka z powrotem na Nowy Jork, tak „Konnichiwa” – jeśli nie zawiedzie jej promocja ani dystrybucja – pokaże światu, że nie Drake, A$AP Rocky czy Wiz Khalifa są dziś najbardziej klawymi MCs.

Zresztą pierwszy z nich sam zdaje sobie z tego sprawę już od lat. Joseph Junior Adenuga, lepiej znany jako Skepta, dużo lepiej od Amerykanów wie, , co znaczy tęgi bit i fachowo na nim kładziony wers.Nigdy wcześniej jednak eklektyzmu angielskiej sceny soundsystemowej, jej szorstkiej, podwórkowej energii i pewności, z jaką powinno się ujeżdżać basowe fale, nie udało mu się złożyć w tak spójną i osobną całość. Całość, w której nawet Pharrell Williams pozostaje w tyle za gospodarzem.

Tym albumem Skepta wyważa właśnie drzwi do światowego show-biznesu i wchodzi do niego na swoich własnych zasadach, wyuczonych przez lata na londyńskich osiedlach. To ważny moment dla brytyjskiej muzyki miasta. Nie są go w stanie odwlec nawet amerykańscy urzędnicy, którzy odmówili ostatnio Skepcie wizy do Stanów. Pewnie biedaczki boją się, że ich ukochany Macklemore straci trochę fanów.


Skepta
„Konnichiwa”

BBK

Dodaj komentarz

-->