Przez Odrę: Trzy niemieckie konteksty tegorocznej edycji Avant Art Festivalu
Do dziś wspominam często niemiecką odsłonę czule zdrobnianego Avanta, która miała miejsce w 2012 roku. Od występu Caspar Brötzmann Massaker, przez showcase Raster-Noton i benefis D.A.F. , aż po dźwiękowy performance FM’a Einheita i dubową medytację Moritz von Oswald Trio, cały, świetnie skonstruowany program tej edycji trzymał idealny balans pomiędzy rozrywką, edukacją i pracą nad wrażliwością. Spełniał wszystkie funkcje, które wpisane być powinny w działania multidyscyplinarnego wydarzenia ze sztuką i przedrostkiem avant- w nazwie – uczył i bawił, wymagał i dawał odpocząć, nie dzielił muzyki na trudną i łatwą, starą czy nową, tylko skupiał się na tym, co ciekawe. Od tamtej pory nie dane mi było niestety uczestniczyć w kolejnych odsłonach AAF tak więc ominęła mnie prezentacja sceny rosyjskiej, jak i moment w którym festiwal zmienił formułę i stał się międzynarodowy. W tym roku jednak mam nadzieję, że wreszcie uda mi się z powrotem zjechać do Wrocławia; szczególnie, że w programie – poza atrakcyjną prezentacją rodzimego środowiska niezależnego czy pierwszym grabarzem brytyjskiej sceny grime Flowdanem znów przewija się kilka nader ciekawych wątków niemieckich. Bo gdzie jak nie nad Odrą lepiej byłoby poznawać kontrkulturę naszych zachodnich sąsiadów.
02.10.15 18.00
B-Movie: Lust and Sound in West-Berlin 1979-1989
Prezentowany już w tym roku na Nowych Horyzonatach dokument o zachodnioberlińskiej scenie niezależnej lat 80. nie ma w sobie nawet krzty nauczycielskiego tonu i muzealnego patosu. Historia środowiska w którym punkom nie przystawało grać na ojcowskich gitarach, a wolność miała często gorzki posmak niebezpieczeństwa, opowiedziana została na przykładzie losów Marka Reedera, który z Manchesteru przyjechał do Niemiec za płytami swoich ulubionych kapel. Blixa Bargeld dorabiał jeszcze wtedy za barem i sypiał w sklepie znajomych, Nick Cave szwendał się po ulicach na których szacunek wzbudzał raczej jego pistolet nie status gwiazdy, a co się działo po drugiej stronie muru… właściwie nikt nie wiedział. Wgląd w to jak mieszkała, pracowała, tworzyła i bawiła się ta dzika banda dają materiały nagrywane wówczas na kamery 8mm, wyimki z telewizji i fragmenty filmów klasy B w których Reeder grywał od kiedy ktoś zauważył jak świetnie leży na nim… nazistowski mundur. Pozbawiony gadających głów obraz Jörga A. Hoppe, Klauas Maecka i Heiko Lange’a rozgrywa się na tle wielkich wydarzeń ze światowej historii, jednak werwy i energii pozazdrościć mu mogą nie tylko realizowane na zlecenie rządów dokumentalne realizacje, ale również wiele kapel, które grają dziś w berlińskich klubach. Jeśli więc najdzie was, żeby wrzaskiem wyrazić swój entuzjazm podczas wyimków z występów Malarii czy Einstürzende Neubauten nie krępujcie się zbytnio. To w końcu festiwal, nie galowa premiera.
02.10.15 20.30
Alameda 5
Jeśli chodzi o Kubę Ziołka to poza tym, że jest on artystą w ostatnich latach bardzo płodnym, to jedno jeszcze jest pewne – dużą inspirację dla jego twórczości stanowi scena krautrockowa. Bydgoski muzyk, którego instrumentarium – z wyłączeniem gitary – dookreślić równie trudno jak spectrum gatunkowe po którym się porusza, w większość swoich rozlicznych projektów dźwiękowych wplata wątki znane z poszukiwań niemieckich muzyków lat 70. Pogardliwie nazwane przez Brytyjczyków kapuścianym, środowisko do którego należeli min. członkowie Faust, Can czy Neu! – żeby wymienić tylko bardziej rozpoznawalnych – pożywki dla swoich psychodelicznych, elektroniczno-gitarowych kompozycji szukało gdzieś pomiędzy bezmiarem kosmosu a pradawnością plemiennych rytuałów. Echa tych wypraw pobrzmiewają dziś na płytach i koncertach Starej Rzeki, T’ien Lai, Innercity Ensemble, Kapitalu czy Alamedy, która w tym roku z tria przekształciła się w kwintet. Wydana kilka miesięcy temu – nagrana w składzie Kuba Ziołek, Mikołaj Zieliński, Łukasz Jędrzejczak, Jacek Buhl i Rafał Iwański –płyta „Duch tornada” wchodzi w wyjątkowo intrygujący dialog z ową niemiecką tradycją. Poza tym jest też – co już krytyka zdążyła zauważyć – jedną z najciekawszych tegorocznych propozycji rodzimej sceny niezależnej i kuszącą zapowiedzią niesamowitych koncertów, co sprawdzić będzie można drugiego dnia Avant Artu.
03.10.15 20.30
Irmler & Liebezeit
Tym, którym obca jest niemiecka scena około-rockowa przełomu lat 60. i 70., wagę i wartość spotkania Hansa Joachima Irmlera i Jakiego Libezeita może uświadomić jedynie porównanie. Spotkanie klawiszowca grupy Faust z perkusistą Can można zestawić z tym jak by Ray Manzarek zagrał z Johnem Bonhamą. Gdyby nawet jednak giganci światowego rocka wciąż żyli, niczego szczególnie ciekawego bym się po nich nie spodziewał, bo ani do improwizowanych eksperymentów nigdy się nie kwapili, ani o bycie innowatorami trudno ich posądzić. Tymczasem obaj Niemcy – którzy w zeszłym roku spotkali się na płycie „Flut”, a trzeciego dnia Avanta wystąpią na Dworcu Świebodzkim – nie dość, że są prekursorami krautrockowego brzmienia, to wprowadzili jeszcze sporo nowych rozwiązań do tego jak można użytkować wykorzystywane przez nich instrumenty. Około-rytmiczna gra na zestawie perkusyjnym bez „stopy” zapewniła Liebezeitowi miejsce pośród ulubionych bębniarzy Briana Eno, a własnoręcznie budowane i modyfikowane klawisze Irmlera na albumie „So Far” z 1972 roku do dziś brzmią jak jedna z najdziwniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek sygnował swoim logiem jakikolwiek majors. Ich wspólne występy tymczasem nie mają nic wspólnego z dorabianiem sobie do emerytury i odcinaniem kuponów od dawnej sławy. Ta bowiem nigdy u nich na dobre nie zagościła; do dźwięku nadal więc podchodzą w sposób nie znający kompromisów – pomimo zaawansowanego wieku wciąż z werwą patrzą w przyszłość, a progresywne zacięcie nie przeszkadza im z szacunkiem odnosić się do korzeni.