Richard Linklater, Tom Ford, Clint Eastwood, Jim Jarmusch – w programie siódmej edycji American Film Festivalu nie zabraknie nazwisk, które zna każdy. Ale wrocławski przegląd to przede wszystkim okazja, by obejrzeć na dużym ekranie mniej głośne tytuły, obiecujące debiuty i produkcje, które w stanach zdobywały nagrody, ale w naszych kinach raczej nie zagoszczą. Oto dziesięć filmów American Film Festival, których lepiej nie przeoczyć.
„Co wyrzuci morze”
reż. Paul Taylor
Zagubiona dziewczyna na plaży. Starszy mężczyzna zabiera ją znad oceanu do swojego domku w lesie. Kobieta milczy, nie umie posługiwać się sztućcami, nie wie, jak korzystać z toalety. Cierpi na amnezję, jest ofiarą przestępstwa, a może syreną? Nie zastanawiając się nad przyczynami jej stanu, nowy opiekun postanawia stworzyć dla niej nową rolę. Ma zostać kobietą na miarę jego potrzeb. Do nauki wystarczą patelnia, zmysłowa bielizna i posłuszeństwo. Ale tak jak Srebrna i Złota z „Córek dancingu” młoda kobieta nie da się łatwo udomowić. „Co wyrzuci morze” debiutującego jako reżyser operatora Paula Taylora to film o cienkiej granicy między troską a opresyjną kontrolą. Skromny, ale intensywny film o teatrze ról płciowych, desperackich próbach ich narzucenia i przekroczenia otrzymał w tym roku Wielką Nagrodę Jury na festiwalu Slamdance.
„Konsultantka”
reż. Logan Kibens
Offowa odpowiedź na „Nią” Spike’a Jonze’a. Młody programista Joe uwielbia dane i statystyki. Nie wyobraża sobie funkcjonowania bez aplikacji mierzących wszelkie parametry życiowe. Obecnie pracuje nad systemem dla firmy sprzedającej ubezpieczenia zdrowotne. By nadać programowi bardziej ludzkie oblicze, Joe postanawia wyposażyć go w głos własnej żony – aktorki i standuperki. Wkrótce okazuje się, że aplikacja jest nie tylko wyjątkowo troskliwa, ale i w przeciwieństwie do partnerki nie narzeka. Reżyserka podąża innym szlakiem niż Spike Jonze. O ile autor „Adaptacji” uderzał w melancholijne tony i legitymizował związek człowieka z programem, o tyle Logan Kibens, nie odżegnując się od elementów komediowych, buduje dramatyczną sytuację i ukazuje stopniowe alienowanie się od otoczenia. Solidne kino, w którym nie ma tak wiele science fiction, jak mogłoby się wydawać.
„Hunky Dory”
reż. Michael Curtis Johnson
David Bowie na miarę zapuszczonych przedmieść Los Angeles. Błyszczące leginsy, wyliniałe futerko, które wytarło niejedną podłogę, stare odrosty i rozmazana szminka. Sidney zdaje sobie sprawę, że to nie najlepszy dla niego czas. Wieczorami występuje w barach jako drag queen, odganiając od siebie podpitych adoratorów. Sytuacja się na domiar złego komplikuje – odzywa się do niego była partnerka z prośbą, by zaopiekował się swoim 11-letnim synem. Po czym zapada się pod ziemię. Historię o spóźnionym dojrzewaniu do odpowiedzialności, którą wielokrotnie widzieliśmy na ekranie w różnych odsłonach, Michaelowi Curtisowi Johnsonowi udaje się opowiedzieć tak, by uniknąć oczywistości. Duża w tym zasługa błyskotliwych dialogów, sporej dozy niepoprawności oraz charyzmatycznej pary w głównych pary – Tomasa Paisa jako niestandardowego ojca w szpilkach i wyrozumiałego syna granego przez Edouarda Holdenera.
„Wystrzałowe krewetki”
reż. Brent Hodge
Lekcja wuefu. Wybór zawodników do drużyn. I to uczucie, kiedy zostajesz ostatni – raczej jako przeszkoda niż klucz do sukcesu. To uczucie mogło nieraz towarzyszyć bohaterkom dokumentu Brenta Hodge’a. Aktorki, pisarki i artystki, którym ze sportem raczej nigdy nie było po drodze, postanowiły założyć drużynę koszykówki i wspólnie grać. Wkrótce do Pistol Schrimps dołączyły inne ekipy – Shecago Bulls, Traveling Pants czy LA Nail Clippers. W tych zawodach, co umiejętnie ukazuje Brent Hodge, nie chodzi o wyniki czy rywalizację, ale o zabawę i nobilitację tych, którzy nie zawsze umieją złapać piłkę i mylą obręcz z publicznością. Tym poczynaniom w „Wystrzałowych krewetkach” przygląda się para kapitalnych komentatorów. Próbują zrozumieć, co dzieje się na boisku, choć o koszykówce nie mają pojęcia.
„Przekręt”
reż. Dean Fleischer-Camp
Sceny z życia małżeństwa postkapitalistycznego, rozpięte między dwa doniosłe wydarzenia – premiery nowych modeli iPhone’a. Nakręcone telefonem filmiki pokazują prozaiczną stronę życia, składając się na portret przeciętnej amerykańskiej rodziny. Ale ta pozornie banalna historia przeradza się w kronikę oszustwa finansowego i obywatelskiej anarchii. Found-footage’owy projekt Deana Fleischera-Campa nie jest jednak dokumentem. Z ponad 100 godzin nagrań nieznanego mężczyzny wyszperanych na YouTubie reżyser zmontował zaskakującą hybrydę, która zaciera granicę między fikcją a prawdą. Wraz z upływem kolejnych minut film okazuje się nie tylko jeszcze jednym głosem krytyki w sprawie społeczeństwa konsumpcjonistycznego i oszustwa, które leży u podstaw jego funkcjonowania, ale i przewrotną zabawą w oszustwo, jakim jest kino. Debiutujący w pełnym metrażu Fleischer-Camp udowadnia, że pomysł i skłonność do twórczej manipulacji wystarczą, by przykuć uwagę widza.
„Kusza”
reż. Adam Pinney
Taki pomysł mógł zrodzić się w głowie Wesa Andersona. Ekscentryczny wynalazca branży zabawkarskiej, obsesyjna słabość do okrutnej kobiety i kostka Rubika, która przynosi sławę i pieniądze. Główny bohater Foster Kalt cierpi na twórczą niemoc. Impas pomaga mu przezwyciężyć dopiero kobieta, w której mężczyzna się chorobliwie durzy. To ona namawia go, by ukradł projekt swojego kolegi – prototyp zabawki przypominającej kostkę Rubika. Na jego konto wkrótce zaczynają wpływać miliony. Po latach o swoich kolejnych podłych postępkach uznawany za geniusza wynalazca opowiada żądnej sensacji dziennikarce. Debiutant Adam Pinney zadbał nie tylko o niekonwencjonalną historię. „Kusza” to także stylistyczny majstersztyk. Twórcy pozwalają sobie na zabawę estetyką kolejnych epok – podkręcają kolory, żonglują charakterystycznymi rekwizytami, dopracowują wnętrza, fryzury i ubrania bohaterów.
„Kto tu zwariował?”
reż. Thomas White
American Film Festival to nie tylko nowości. Pomiędzy seansami hitów z Sundance i Tribeki warto zajrzeć na seans „Kto tu zwariował?”, zapomnianej perły z czasów kontrkultury. Mieszkający w Paryżu Amerykanin Thomas White na początku lat 60. poznał Judith Malinę, założycielkę Living Theatre, anarchizującego teatru alternatywnego, który wsławił się antyestablishmentowymi przedstawieniami. Wraz z trupą White postanowił nakręcić film – historię grupy chorych psychicznie osób, która ucieka ze szpitalnego autobusu i w opuszczonej posiadłości zakłada wspólnotę. Taśmy z tym opartym w dużej mierze na improwizacji projektem przez długie lata leżały w piwnicy White’a i dopiero w 2016 r. Film doczekał się premiery w Nowym Jorku. Więcej szczęścia miał natomiast soundtrack Ornette’a Colmana, saksofonisty i jednego z twórców free jazzu, z udziałem Marianne Faithfull. Pokaz we Wrocławiu to niepowtarzalna okazja, by obejrzeć „Kto tu zwariował?” ze zrekonstruowanej kopii.
„Człowiek-scyzoryk”
reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert
Każdy aktor może znaleźć swoją niszę. Przykładowo niezbyt ekspresyjna Scarlett Johansson jak mało kto nadaje się do ról komputerów i kosmitów („Ona”, „Pod skórą”). W debiucie Kwana i Scheinerta zadanie aktorskie na miarę swoich możliwości odkrył natomiast Daniel Radcliffe. Z wdziękiem gra tu sztywnego nieboszczyka, którego ciałem co rusz wstrząsają gazy – zaskakująco jednak sympatycznego i użytecznego jak tytułowy scyzoryk. Trup Manny, wyrzucony na plażę z oceanu, ratuje bowiem życie Hanka, rozbitka skazanego na samotność na bezludnej wyspie, który planował popełnić samobójstwo. Duet reżyserów nakręcił niecodzienny buddy movie skrzący się czarnym humorem i groteskowymi pomysłami. Uznany za najdziwniejszy film ostatniego festiwalu Sundance, rzuca nowe światło na powiedzenie „przyjaźń na śmierć i życie”.
„Jamnik”
reż. Todd Solondz
Najbardziej niepoprawny i najdowcipniejszy mizantrop kina niezależnego wraca do kina historią psa, który przechodzi z rąk do rąk wyjątkowo przykrych przedstawicieli gatunku ludzkiego. „Jamnik” to kontynuacja kultowego „Happiness” opowiedziana z perspektywy czworonoga. Amerykański reżyser wskrzesza postać Dawn Wiener – depresyjnej okularnicy z jego debiutanckiego filmu „Witajcie w domku dla lalek”. W późniejszych „Palindromach” dziewczyna popełnia samobójstwo, stając się dla przedstawicieli klasy średniej synonimem nieudacznika, tu zaś jest lekarzem weterynarii z grubymi szkłami i twarzą Grety Gerwig. Solondz konsekwentnie rozbudowuje galerię desperatów, przegranych i dysfunkcyjnych rodzin, dla których punktem odniesienia są telewizja i katalogi wysyłkowe. Tym razem nie oszczędza też siebie – w roli sfrustrowanego scenarzysty i wykładowcy pojawia się Danny DeVito.
„Nieświadomość zbiorowa”
reż. Josephine Decker, Daniel Patrick Carbone, Lauren Wolkstein, Frances Bodomo, Lily Baldwin
Pięć snów w rękach pięciu lmowców. Młodzi obiecujący twórcy z Nowego Jorku podążają śladem Luisa Buñuela, dla którego najważniejszą inspiracją były jego własne sny. Każdy reżyser spisał powracające nocą obrazy w formie zarysu scenariusza, a następnie przekazał go innemu uczestnikowi projektu. Wszystkie krótkie metraże, które znalazły się w zestawie, wyróżniają się autorskim stylem i osobnym podejściem do filmowego tworzywa i oddziaływania na wyobraźnię widza. W „Nieświadomości zbiorowej” jest więc miejsce na rodzinny body horror o młodej matce, która traci kontrolę nad swoim ciałem, zabawną anegdotę o telewizyjnym show „Everybody Dies” z czarnoskórą śmiercią jako gwiazdą programu oraz koszmar każdego gimnazjalnego geeka o musztrze narzucanej przez wuefistę.











