Open’er 2017: Festiwal zapatrzonych w telefony

M.I.A. Opener 2017
źródło: Alter Art

Czym jest Open’er w roku 2017? Wydarzeniem, na którym warto się pokazać czy showcasem tego, co aktualne w muzyce i okazją do usłyszenia katowanych do cna piosenek na żywo? Najłatwiej powiedzieć, że każdy ma własną prawdę i diagnoza leży gdzieś pośrodku. W końcu w ramach tego samego wydarzenia długo wyczekiwany koncert dla mas dało Radiohead, a tłum kilkudziesięciu żądnych zdjęć nastolatków przyciągnęła niejaka Deynn z chłopakiem, którzy są głównie znani z tego, że rzeczony jegomość obciął na wakacjach głowę jaszczurce. W tym roku pierwszy raz (mimo zaledwie/aż) 24 lat na karku poczułem przerwę generacyjną patrząc na repertuar minionej edycji i dowiadując, że nieznani mi wcześniej wykonawcy mogą pochwalić się wielomilionowymi odsłuchaniami na wszystkich dostępnych platformach streamingowych.

The Kills na Opener 2017

The Kills (źródło: Alter Art)

Paradoksalnie, najwspanialsze widowisko wydawało się istnieć poza czasem. Skromnie zaaranżowany, zunifikowany wszechobecną i symboliczną czerwienią, spektakl wystawiony przez Solange i jej trupę muzyków oraz tancerzy przemawiał do wszystkich zmysłów. Skoncentrowany na materiale z zeszłorocznej, rewelacyjnej płyty „A Seat at the Table” koncert pokazał najaktualniejszą i najwspanialszą twarz współczesnego soulu. Zmysłowe, ale podane z niezwykłym wigorem kompozycje ujęły tysiące słuchaczy zgromadzonych pod niebieskim dachem Tent Stage. Najmocniejszy moment przyszedł wraz z „F.U.B.U.”. ”All my niggas in the whole wide world/made this song to make it all y’all’s turn/for us, this shit is for us” – te słowa Solange zaśpiewała wprost z fosy do dwójki czarnoskórych fanów. Podczas tej niemal intymnej audiencji z braćmi i siostrami, wszyscy pozostali korzystali z bliskości piosenkarki, by zrobić jej zdjęcia i nagrać filmy, i w tym owczym pędzie ginęło przesłanie tej piosenki. Ten symboliczny moment pokazał, że niektórzy muszą odwrócić wzrok od smartfonów i otworzyć uszy.

Blanck Mass na Opener 2017

Blanck Mass (źródło: Alter Art)

Całkowicie odizolowany od „nowoczesności” był także koncert Kevina Morby’ego. Lider The Babies i były basita Woods zdobył rozgłos swoimi solowymi płytami, na których przekłada muzykę Boba Dylana i Lou Reeda na własny język. Od alternatywnego country do płomiennego indie rocka. To była naprawdę ekscytująca godzina ciekawych introspekcji i aktualnych komunikatów (np. na temat policyjnej przemocy w Stanach). Cień na niezaprzeczalnej charyzmie songwritera niemal położyły jednak niebagatelne popisy jego gitarzystki, Meg Duffy, a najjaśniejszym punktem tej podróży przez bezdroża była oda Morby’ego do jego własnej gitary – „Dorothy”.

Royal Blood na Opener 2017

Royal Blood (źródło: Alter Art)

Ledwie godzinę później z bloku startowego wystartował najczarniejszy ze wszystkich koni w tegorocznej stajni Alter Artu – Nicolas Jaar, który na scenie namiotowej zamykał cały festiwal. 27-latek miał już okazję by pokazać swój niewątpliwy talent. Trzy lata wcześniej, w tym samym miejscu, w ramach duetu Darkside zaprezentował autorską fuzję blues rocka i hipnotyzującej elektroniki. W pojedynkę Kanadyjczyk skupił się tym razem w pełni na elektronice. Minęło niemal piętnaście ambientowych minut, zanim pierwszy odgłos stopy wprawił w drżenie konstrukcję namiotu i wyzwolił potoki ekstazy wśród cierpliwej i żądnej wrażeń publiki. Od tego momentu Jaar pruł przed siebie niczym walec drogowy. W opętańczym rytmie było jednak miejsce na niuanse i kontrapunkty, która składały się na wzorcową definicję IDM – muzyki do tańca i kontemplacji. Producent chwycił też kilka razy za mikrofon, a transmisja z umieszczonej na jego pulpicie kamery dawała wrażenie, że jesteśmy świadkami nielegalnego przekazu z odległego zakątka globu. Nico zapuścił się zresztą w tropikalne rejony dobrą godzinę po rozpoczęciu występu za sprawą, naszpikowanego tropikalnymi inspiracjami, „No”, które mimo nico wolniejszego tempa, okazało się równie wciągające, co reszta występu.

G-Eazy na Opener 2017

G-Eazy (źródło: Alter Art)

Dwa pierwsze dni minęły pod znakiem niewypowiedzianej rywalizacji headlinerów. Dwóch zespołów, które walczą o miano największych w dziedzinie rocka „alternatywnego” – Radiohead i Foo Fighters. Trudno o bardziej kontrastowych przeciwników w narożnikach tego wyimaginowanego ringu. Rękawicę rzucił jednak sam Dave Grohl, który pod koniec występu powiedział, że nie zamierza grać przez 6 godzin tak jak jeden z zespołów, który występował dzień wcześniej poniewać ma, cytuję, „other shit to do”. Nie dość, że legendarny bębniarz Nirvany nieco znieważył w ten sposób wielotysięczny tłum pielgrzymów pod sceną, to jeszcze minął się z prawdą ze zręcznością parlamentarzysty opcji rządzącej (Foo Fighters zagrali bowiem ledwo siedem minut krócej niż ich konkurenci). Trudno odmówić Grohlowi charyzmy, którą zapracował na etykietkę „najprzyjemniejszego faceta w rockowym biznesie”, ale ciężko mi zrozumieć dlaczego to właśnie on i jego kapela są uosobieniem współczesnego ideału rock’n’rolla. Mimo niezaprzeczalnej ilości talentów, muzyka Foo Fighters jest miałka i nieprzekonująca. Nieważne ile okrzyków i gulgotu wydobędzie z siebie Dave Grohl pod koniec danej piosenki.

Arca na Opener 2017

Arca (źródło: Alter Art)

Spodziewane przytyki ze strony Thoma Yorke’a nie padły z kolei ze sceny w czasie koncertu Radiohead. Lider ograniczył się do kilku abstrakcyjnych linijek i pozwolił muzyce mówić samej za siebie. Efekty były bardzo różne. Zaskakująca przewaga materiału z „In Rainbows”, mojego osobistego faworyta w dyskografii Radiohead, okazała się świetnym manewrem. Zdecydowanie najwięcej serca Anglicy włożyli w repertuar od „Hail to the Thief” w górę. Rozczarowujące wykonania „Idioteque” czy „Airbag” każą sądzić, że być może dobrze, że nie skupili się na wcześniejszym materiali, tak jak miało to miejsce kilka dni wcześniej na Glastonbury. Mimo zmiennych proporcji, Radiohead zaprezentowali pełny wachlarz swoich możliwości: od zamoczonego w post-grunge’u britpopu, przez hybrydowy, skomponowany z niezwykłym wyczuciem, indie rock po elektroniczne eksperymenty. To było widowisko inkluzywne, przeznaczone głównie dla oddanych fanów. Jednak każdy kto wytężył swoją uwagę mógł podziwiać zespół, który cały czas podlega metamorfozie. Mierzy się z własną legendą i wielotonową wagą przepastnej dyskografii, redefiniuje jej podpory i zakamarki oraz prezentuje swoje najnowsze horyzonty. Ten ciągły eksperyment wypluwał z siebie, co jakiś czas, wątpliwej jakości efekty uboczne. W całości był jednak udany i ekscytujący.

Solange Opener 2017

źródło: alterart.pl

Jeśli już o headlinerach mowa, trzeba się przyjrzeć ich nowej generacji. W piątkowy wieczór główną sceną zawładnął bowiem The Weeknd – artysta, który rok wcześniej mógłby jeszcze znaleźć się na scenie namiotowej, a jego ewentualny angaż na główną scenę byłby kontrowersyjny. Tego lata Abel Tesfaye ma jednak za sobą twarde dane, które mówią, że chętniej słuchanych wykonawców można policzyć na palcach jednej ręki. Król nowoczesnego R’n’B, przez niektórych namaszczony jak następca Michaela Jacksona, zaserwował godzinę nieprzerwanej wiązanki hitów i uzależniających refrenów. To był występ zrealizowany po mistrzowsku w każdym możliwym aspekcie (przez całe cztery dni nikt nie zabrzmiał lepiej na głównej scenie). „Życzliwi” internauci i fani „prawdziwego grania” mogą twierdzić, że idealną dyspozycję wokalną Tesfaye zawdzięcza boskiej interwencji playbacku. Mi ciężko się wypowiedzieć jak było naprawdę. The Weeknd dostarczył świetny, ale skalkulowany i nieco odhumanizowany set. Chłodna i antypatyczna persona znana z jego piosenek gryzła się z dość sztucznymi próbami animacji wielotysięcznego tłumu. W departamencie technicznym, ten wunderkind współczesnego popu ma wszystko odhaczone. Przydałoby mu się jednak trochę ciepła, o które tak zabiega w tekstach własnych hitów, które mógłby oddać swoim fanom.

The xx na Opener 2017

The xx (źródło: Alter Art)

Morze miłych słów mieli z kolei dla swoich wielbicieli The xx. Jednak gdy tylko przestawali komplementować festiwalowiczów i zabierali się do grania, ciężko było odwzajemnić te uprzejmości. Magia zawarta na pierwszej płycie tria zdaje się powoli ulatywać, a najnowsze, zdecydowanie bardziej popowe, kompozycje są tak bezpłciowe jak twórczość zastępów epigonów jednego z najbardziej wpływowych zespołów ostatnich lat. Podobnie rozczarowująco wypadła Lorde, która była drugą główną gwiazdą zamykającą występy na głównej scenie festiwalu. 20-latka kwitnie na swojej najnowszej płycie i wyrasta na jeden z najciekawszych głosów głównego nurtu. W Gdyni pokazała jednak mocno zredukowane show (to być może jednak skutek niekorzystnej aury) i dość płaskie piosenek z obu hitowych krążków.

Lorde na Opener 2017

Lorde (źródło: Alter Art)

Główna scena nie należy jednak tylko do headlinerów. Duży rumor wzbudzili Prophets of Rage, twór w równym stopniu dla mnie ekscytujący i kontrowersyjny. Panowie z Rage Against the Machine wymienili bowiem (najpewniej niechętnego do dalszej współpracy) wokalistę Zacha De La Rochę na B-Reala z Cypress Hill i Chucka D z Public Enemy i zawiązali koalicję, która za cel obrała sobie najpewniej spełnienie moich mokrych snów z czasów kiedy granie w Tony Hawk Pro Skater stanowiło podstawowe źródło radości w moim życiu. Podziwianie wyczynów Toma Morello skutecznie obudziło mojego wewnętrznego czytelnika Teraz Rocka. Wiązanka największych hitów RATM i dwóch wspomnianych legend hip-hopu przyciągnęła mnie jak magnes pod same barierki. Dość nieporadna prezencja sceniczna i nieprzekonujące flow Chucka D oraz poczucie, że daję się robić w konia, zasilając ten antyestablishmentowy cyrk (który generuje duże wpływy dla jego twórców), przez cały czas kłuły mnie jednak nieustannie w bok.

James Blake na Opener 2017

James Blake (źródło: Alter Art)

Z dużą ostrożnością podchodziłem do występu Jamesa Blake’a. Jest to bowiem artysta, który w przeciągu jednej piosenki jest w stanie wciągnąć słuchacza, a następnie niepomiernie go wynudzić. Tak właśnie się stało. W dociągnięciu intrygujących konceptów do upragnionego finiszu nie pomagało też artyście umiejscowienie na dużej scenie. Bez wyjątku nudny i bez polotu był z kolei występ Moderat. Aż trudno uwierzyć, że trio złożone z muzyków, którzy osobno są w stanie tworzyć naprawdę ciekawe rzeczy, jest w stanie wypluć z siebie tak ostentacyjnie nieciekawą muzykę. Gitarowymi odpowiednikami dla Niemców okazali się zarówno The Kills i Royal Blood. Pierwsi próbowali bluesowego szamanizmu. Drudzy pławili się w seksualnie nabuzowanym hard rocku. Jedni i drudzy polecieli w eter. Niezbyt przekonująca, mimo mojego nieco skrywanego uwielbienia dla jej twórczości studyjnej, okazała się Charli XCX, która wypadła zwyczajnie płasko. Jeśli chodzi o problem jaki stanowi G-Eazy, to jedyne co mogę zaproponować to „wyburzyć i zaorać”.

Charlie XCX na Opener 2017

Charlie XCX (źródło: Alter Art)

Największe zainteresowanie na scenie namiotowej przez cały weekend przyciągnęły urwisy z Rae Sremmurd oraz, nieustannie próbująca poszerzać zainteresowanie słuchaczy problemami odległych zakątków świata, M.I.A. Oba te występy wypadły podobnie: Bardzo energetycznie, ale pusto. M.I.A. zrobiłą wprawdzie progres od czasu jej ostatniej wizyty w Polsce. Nadal nie potrafi jednak zaprezentować widowiska, które byłoby przekonujące wizualnie i muzycznie.

M.I.A. na Opener 2017

M.I.A. (źródło: Alter Art)

Mocno niezauważone pozostały występy na Alter Stage, gdzie zaprezentowała się dwójka arystów, którzy spokojnie mogliby się odnalaźć w line-upach Offa, Nowej Muzyki, a nawet Unsounda. Arca przyjechał na fali swojej rewelacyjnej, łączącej abstrakcyjną elektronikę i quasi-operowe wokalizy, płyty. Na Open’erze pokazał się jednak z dj-setem, który stanowił mocne odejście od tego materiału. Alejandro Ghersi połączył kuduro, połamane bity oraz, chociażby, nu-metal w jeden postintnernetowy zlepek, zespolony jego wokalami oraz zaczepną konferansjerką (na wstępie producent otworzył butelkę szampana, którą oblał zgromadzonych w pierwszych rzedach). To była demonstracja jego południowej duszy oraz niestłumionej seksualnej energii. Równie mocny atak na zmysły przypuścił Blanck Mass. Kryjący się pod tym pseudonimem, stanowiący połowę Fuck Buttons, Ben Power zalał wątłą publikę falą pulsującego, wielowarstwowego post-industrialu, zahaczając także o potężne techno oraz drone i zapewniając chore sny dzięki wizualizacjom w duchu teledysków Chrisa Cunninghama.

Rae Sremmurd na Opener 2017

Rae Sremmurd (źródło: Alter Art)

Polskie chorągwie jak zwykle stanowiły dodatek dla atrakcyjnego, zagranicznego menu festiwalu. Kilku artystów przyćmiło jednak wielu światowych konkurentów. Bardziej niż udana była, podobno jednorazowa, reaktywacja Grammatik. „Światła miasta” rozbłysły na scenie namiotowej w pełnej krasie za sprawą Eldo, Jotuzego i Noona, którzy przypomnieli o swoim niebagatelnym wkłądzie w historię polskiego hip-hopu. Ta trójka (razem z Ashem, który zakończył karierę 15 lat temu) pomogła ukształtować nowy paradygmat krajowego rapu, w którym dominuje instrospekcja oraz neurotyzm, który nie oznacza jedynie narzekania na szmatławy los życia na blokowisku. Materiał sprzed niemal 20 lat jest tak samo aktualny, podkłady Noona nadal lśnią wyczuciem i niepodrabialnym klimatem, a Eldoka i Jotuze zabrzmieli autentycznie. Zwłaszcza, że nie są już młodzikami, którzy muszą w sztuczny sposób obniżać swoje głosy by brzmieć groźniej i poważniej. Jeszcze większym zaskoczeniem był fantastyczny występ The Dumplings. Duet pojawił się na scenie w towarzystwie wieloosobowej orkiestry. To właśnie takie otoczenie wydaje się adekwatne dla niewiarygodnego głosu Justyny Święs – bez żadnej wątpliwości najlepszej polskiej popowej wokalistki. Ta dwójka nadal wzbudza swoją metryką moją niepomierną zazdrość. Teraz wydaje się, że są na prostej drodze by nagrać w końcu w całości olśniewający album.

The Dumplings na Opener 2017

The Dumplings (źródło: Alter Art)

Mimo mojego powątpiewania gdy patrzyłem na line-up, Open’er nadal świetnie się trzyma jeśli chodzi o muzykę. Jako impreza rozrasta się jednak niepokojąco coraz bardziej w stronę marketingowego kramu, w ramach którego każda większa marka rozstawia wielokondygnacyjny przybytek, z którego bez przerwy wydobywa się ogłuszająca łupanina. Domyślam się, ze bez wkładu sponsorów nie zobaczyłbym tylu fantastycznych występów w ciągu czterech dni. Mogę sobie tylko życzyć by inni także skorzystali z tej okazji i chodzili na koncerty zamiast przesiadywać w tych, wątpliwej jakości, zaimprowizowanych klubikach. Niezależnie od tego, do zobaczenia za rok.

3 komentarze

Dodaj komentarz

-->