Muzyka: Robert Plant

666

Za każdym razem, kiedy widzę podstarzałe AOR-owe gwiazdki ciułające kasę na ponoć małą emeryturę, zbiera mi się na śmiech, od którego niektórym z nich pewnie puściłyby szwy po operacji plastycznej. Ja, myśląc o emeryturze pod palmami, słucham „piątki” Led Zeppelin i zastanawiam się, jak to możliwe, że gnojek, który nagrywał ją 40 lat temu, dziś jest artystą totalnym. Wydawałoby się, że każde źródło kiedyś musi wyschnąć, ale to chyba wyjątek od reguły, bo chwilę po zdmuchnięciu 66 świeczek na torcie Robert Plant znów nokautuje jednym z najlepszych albumów roku.

Sześć lat po zgarnięciu puli na gali Grammy Robert zmienia kierunek i znów podróżuje na Wschód. „Pocketful of Golden” czy „Embrace Another Fall” to kawałki, które spokojnie mogłyby się znaleźć na monumentalnym Zeppelinowskim „Physical Graffiti”. Dźwięki sklecone na etnicznych instrumentach, ale doprawione sporą dawką współczesnych bitów są tylko tłem dla tego cholernego geniusza, który nigdy się nie poddaje, ale wie też, że ściga się z czasem. Plant już dawno zrezygnował ze słynnych wokalnych popisów i skupił się po prostu na śpiewaniu pięknych melodii. Tych melodii jest tu na pęczki, a prawie każda z nich w najzimniejszy listopadowy wieczór przeniesie was gdzieś w zalane słońcem góry Pakistanu. Nie wiem, jak mu się to udaje. [Michał Kropiński]


Robert Plant
„Lullaby and… The Ceaseless Roar”
Warner Music Poland

Dodaj komentarz

-->