Każda dziewczyna miała taki etap w życiu, że z wypiekami na twarzy czytała przygody dziewczyn Borejko czy zamkniętej w sobie “innej”, autorstwa Jurgielewiczowej. Teraz autorka bloga o znamiennej nazwie #NieTylkoMusierowicz, udowadnia, że PRL-owska literatura wcale nie musi odejść do lamusa.
W Polsce Ludowej #literatura dla młodzieży prężnie się rozwijała i choć lekka, niosła ze sobą mądre przesłanie. Po upadku PRL-u #książki #Musierowicz czy Jurgielewiczowej, odeszły w zapomnienie, a dziś kojarzą się z pewnym obciachem. Teraz ten etap w życiu wspomina się z przymrużeniem oka, bo po książkach nie zostało nic oprócz sentymentu. Po co więc wracać do socjalistycznej literatury? Według autorki bloga, nadszedł czas by zrozumieć, co tak naprawdę pisarki przekazywały nam w swoich książkach. Bohaterki dawnych pozycji z kategorii „dla młodzieży” były niezależne, odważne i zaczytywały się w Arystotelesie. Dlaczego więc nie mogą być wzorem dla współczesnych kobiet? Pokutuje błędny pogląd, że musimy odcinać się od wszystkiego, co powstało w Polsce Ludowej, bo tandetne, bo złe. Z takim przesłaniem walczy się na blogu o zapomnianych, peerelowskich książkach dla dziewcząt. Ich bohaterki nie reprezentują klasy robotniczej: nie jeżdżą na traktorach, nie machają na wiecach. Wręcz przeciwnie: matka w „Przecież to wszystko” nie lubi gotować i czyta książki #CarsonMcCullers, a dziewczyny z powieści Chmielewskiej, spokojnie mogłyby być pierwowzorem Thelmy i Louise. Choć można patrzeć na próbę wskrzeszania peerelowskich książek dla młodzieży z lekkim dystansem, to #NieTylkoMusierowicz pokazuje nam, że ich bohaterki wcale nie odstają od współczesnych kobiet i można się od nich wiele nauczyć.
