Gengahr – jak to się robi w Londynie

Gengahr
„A Dream Outside (Deluxe Version)”

Koniec roku to czas podsumowań. Koniec roku to też czas reedycji krążków, które w ostatnich miesiącach narobiły nieco szumu. Wiosną młodziacy z Gengahr wzbudzili zainteresowanie swoją debiutancką płytą „A Dream Outside”, o której magazyn „NME” napisał, że to mieszanka lekkiej psychodelii i ciemnego romansu. Teraz otrzymujemy wersję deluxe tego krążka, na której pojawia się pięć dodatkowych piosenek, będących – trzeba to przyznać – całkiem niezłym pretekstem do sięgnięcia po album. Spośród nowych kompozycji wybijają się singlowe „Tired Eyes” oraz „Fade to Black”, gdzie Gengahr ochoczo korzystają z patentu opanowanego do perfekcji, to znaczy: zestawiają falsety à la Bee Gees z jazgotliwymi, nieco shoegaze’owymi (na tyle, na ile nie przeszkodzi to w szturmowaniu list przebojów) gitarami. Ciekawe jest również „Haunter” z przyjemnie falującym, podbitym rytmem.

Świetnie słucha się również pozostałej części krążka, tej, którą znamy już od pół roku. Naiwne historyjki o dziewczynach, które rozczarowały, sprzedają się zawsze; Gengahr potrafią znaleźć słodką równowagę pomiędzy młodzieńczym romantyzmem a szorstkością dźwięków. Niby to zwiewne, a jednak z pewnym ciężarem gatunkowym. Niby proste, a jednak trudno przejść obok londyńskiego kwartetu obojętnie. Wygrywają melodiami, fajnymi refrenami („Heroine” brzmi, jakby powstało gdzieś w college’u w latach 90.), takim klimatycznym brzdąkaniem, właśnie: brzdąkaniem, ulotnym, niepozornym, ale sugerujący,, że za chwilę może wydarzyć się dramat, który nie następuje, ale jego widmo wciąż wisi w powietrzu.

I dlatego – wracając do pierwszego zdania – warto pamiętać o „A Dream Outside” przy okazji rekapitulacji ostatnich miesięcy szczególnie, że obok innych debiutantów pokroju Glass Animals, Wolf Alice czy All We Are Gengahr udowadniają, że w brytyjskim graniu, które opiera się na gitarowych brzmieniach, nie wszystko jeszcze stracone.

Dodaj komentarz

-->