Mandarynka – nietypowa opowieść wigilijna…

„Mandarynka”
reż. Sean Baker

W grudniu w Mieście Aniołów nie wszystkim udziela się świąteczna atmosfera. I to mimo że czarnoskóra transseksualistka Sin-Dee, z zawodu prostytutka, dostaje prezent od losu – wychodzi z mamra. Wigilijną kolację spędza w barze szybkiej obsługi ze swoją najbliższą kumpelą Alexandrą. Są spłukane, a o klientów o tej porze roku trudno – wydają na ozdoby choinkowe, a nie szybki seks na parkingu. Sytuacji nie poprawi plotka, którą sprzedaje Alexandra. Chłopak Sin-Dee, a zarazem jej alfons, zdradził ją, gdy ona odsiadywała wyrok. Gorzej, z biologiczną kobietą, jakąś przyjezdną białaską. Zamiast rwać włosy z peruki stawia na uliczny pragmatyzm. Znajdzie oboje i spuści im świąteczny łomot.

…film został nakręcony za pomocą iPhone’a. Obraz bywa więc rozedrgany, a barwy wydają się podkręcone telefonicznym filtrem.

„Mandarynka” to rozgrywająca się w ciągu jednej nocy historia tej genderowej vendetty, rozpisana na honorowe bójki i ostre dialogi jeżące się od one-linerów. Reżyser Sean Baker patrzy na Los Angeles oczami tych, którzy czerwone dywany zwijają, a nie kroczą po nich w świetle reflektorów. To barwna menażeria ubranych w poliestry prostytutek o nienormatywnej tożsamości seksualnej, dilerów na dorobku i imigrantów walczących o amerykański sen. Ale Baker zapuszcza się na społeczny margines nie po to, by zrobić interwencyjny reportaż. Nie jest mądrym panem z telewizji, który chce zarobić na relacji z miejskiego piekła. „Mandarynkę” nakręcił tak, jakby był kumplem Sin-Dee i Alexandry, który zarejestrował ich wigilijną opowieść, a następnie wrzucił ją do sieci.

Wrażenie to potęguje fakt, że film został nakręcony za pomocą iPhone’a. Obraz bywa więc rozchwiany, a barwy wydają się podkręcone telefonicznym filtrem. Techniczna strona nie przesłania jednak wartkiego scenariusza – z licznymi przewrotkami i żartami sytuacyjnymi, w których odbijają się paradoksy życia osób LGBT. I nawet jeśli Baker pozwala sobie czasem na rozwiązania rodem z sitcomu, to nigdy nie traktuje Sin-Dee i Alexandry jak automatów do żartów czy groteskowych indywiduów. Pod mocnym makijażem i lamparcimi topami dostrzega bohaterów z krwi i kości. Hałaśliwym stylem zagłuszających samotność, a tupetem odpowiadających na potępiające spojrzenia.

 

Dodaj komentarz

-->