Choć ich rozrastający się niczym dziko rosnące pnącza instagramowy projekt Warsaw Jungle skupia się na roślinach i tworzeniu wizerunku zielonego, zdrowego miejskiego otoczenia, na co dzień Beata Małyska i Remek Zawadzki zajmują się zawodowo muzyką. Słuchają więc dużo, intensywnie i od lat, a dźwiękami dzielą się ze swoimi zielonymi współlokatorami. Nam zaprezentowali swoje ulubione płyty, których w swojej dżungli słuchają zarówno oddzielnie, jak i wspólnie.
Odsłuch Beaty:
George Michael – “Faith”
Płyta z 1987 prawdopodobnie zapadła mi w pamięć jeszcze przed urodzeniem, bo to ulubiona płyta mojej mamy. Słuchałam jej więc non-stop w czasach, kiedy jeszcze nie było wiadomo jakiej będę płci. Co ciekawe, jako trochę bardziej świadomego, czyli ośmioletniego słuchacza, w stronę George’a Michaela popchnął mnie teledysk do piosenki “Outside” z 1998 roku, bo były w nim atrakcyjne ujęcia z tańczącymi policjantami i helikopterami. Zastanawiające, że nie zapadła mi w pamięć cała zupełnie nie niewinna reszta tego obrazka, ale grunt, że to doprowadziło mnie do ponownego słuchania “Faith”, co zostało mi do dzisiaj – są okresy kiedy słucham tego albumu cały czas. Chyba, że zbliża się Boże Narodzenie, wtedy tak jak wszyscy słucham “Last Christmas” zespołu Wham! Czyli w sumie i tak George’a.
Feist – “The Reminder”
Wygląda na to, że jestem konsekwentna w trafianiu na płyty okrężna drogą i od końca do początku. Do kupienia i słuchania “The Reminder” z 2007 roku skłoniła mnie… piosenka “Inside In Inside Out” z wcześniejszej płyty, w dodatku usłyszana w telewizji, a konkretnie w serialu o chirurgach plastycznych. Ale, że płyta z tą piosenką nie była akurat dostępna, kupiłam jej najnowszą wówczas płytę, okazało się, że było to dobre zastępstwo. Trudno jest opisać za pomocą słów muzykę Feist, pewnie dlatego, że bardzo opiera się na emocjach, także po recenzję odsyłam do Jamesa Blake’a, którego cover piosenki “Limit To Your Love” stał się jego dużym hitem.

Common – “Like Water For Chocolate”
D’Angelo – “Voodoo”
Erykah Badu – “Mamma’s Gun”
Trudno nie zauważyć, że to trzy płyty, a nie jedna, ale dla mnie stanowią całość, swoistą muzyczną trylogię, będącą filarem neo soulu. Zresztą Common to rapujący D’Angelo, a D’Angelo to męska wersja Eryki (która o ile wiem na początku kariery rapowała jako MC Apples). Zastanawiałem się dlaczego te trzy albumy z 2000 roku są tak dobre i łączne. Wyjaśnienie jest bardzo proste – wszystkie były nagrywane w tym samym kompleksie studiów przez tych samych muzyków, a niektóre kompozycje przeskoczyły z płyty na płytę. Te trzy płyty to najspokojniejsza dawka ogromnej nowej energii jaka otworzyła XXI wiek!
Jaga Jazzist – “What We Must”
Może nie z bieguna na biegun, ale skok z kontynentu na kontynent, z czerni Ameryki do bieli Skandynawii i od wybitnych linii wokalnych z ascetycznym aranżem do bogactwa instrumentacji. Wydana w 2005 nakładem Ninja Tune płyta w moich uszach i głowie wywróciła jazz. Po tym jak usłyszałem na nagraniu, a następnie zobaczyłem na koncercie, co 9 osób potrafi zrobić mając do dyspozycji mnóstwo instrumentów, występy big bandów klepiących na festiwalach jazzowych (czy Sala Kongresowa już jest wyremontowana?) standardy w kolejnych “odkrywczych i nowatorskich” wersjach wydały mi się nudne, miałkie, a nawet nieco żałosne. Na “What We Must” Norwegowie pokazują jak wymyślać melodie, jak wykorzystywać ciekawe podziały, jak mieścić się wspólnie w aranżu, ale przede wszystkim jak budować nastrój od głębiny Sognefjord, po czubek Galdhøpiggen.
Odsłuch wspólny:
Disclosure – “Settle”
W 2013 młodzi wjechali jak starzy z muzyką starą, a jednak młodą! Wszyscy słuchają beatów J Dilli i house’u, a jednak tylko braciom Lawrence udało się z tych osłuchanych puzzli ułożyć obrazek zarazem oryginalny, jak i przystępny. Płyta w zasadzie bez słabego momentu i z mnóstwem fenomenalnych gości (no dobra, te bardziej wokalne numery z gośćmi są odrobinę fajniejsze, niż te czysto instrumentalne), doskonała na parkiet, świetna do słuchania w samochodzie, ale sprawiająca radość także odsłuchiwana w domu. Bo radość to coś, czego pełno na tym albumie – i to nie radość tania, pełna popowych czterotaktowych pętli z gotowców, tylko wysokiej jakości, dostarczana przez kreatywnych twórców. Niezły dowód na to, że muzyka może być i popularna (gigantyczne ilości sprzedanych kopii), i dobra zarazem. Dużo słuchaliśmy jej wspólnie.
Wojciech Młynarski – “Wojciech Młynarski śpiewa swoje piosenki”
Akurat ta płyta trafiła do naszych uszu, głów, a najbardziej chyba serc (bo jest w niej poziom podziwu dla kompozycji, poziom intelektualnego zachwytu tekstami, ale też po prostu poziom czystego wzruszenia) w nietypowy sposób: do naszego mieszkania trafił od jakiejś dalszej rodziny gramofon i sterta płyt. Po przesłuchaniu wszystkich na talerzu na stałe został właśnie debiut Młynarskiego z 1966 roku. Od tamtej pory wciąż zapytujemy się siebie w co się bawić, miewamy światowe życie, a nasze ulubione danie to kartoflanka. Pan Wojtek radzi (nie napiszemy, że radził, na płycie ciągle jest!), żeby po prostu wyjechać w Bieszczady, niestety rzadko jesteśmy na wczasach. Płyta absolutny majstersztyk, należy jej się polska miłość. A może i nie tylko polska, dodatkową atrakcją winylowego wydania są wypisane na okładce tłumaczenia tytułów na angielski. Także może jednak Go Straight To Bieszczady, co panie Wojtku?






