Dwie sekundy filmu dziennie. Charlie Kaufman opowiada o swoim najnowszym filmie.

Dzięki „Być jak John Malkovich” czy „Adaptacji” Charlie Kaufman dał się poznać jako jeden z najbardziej oryginalnych scenarzystów współczesnego kina. Od pewnego czasu obdarzony surrealistyczną wyobraźnią twórca równie dobrze sprawdza się jako reżyser. Na polskie ekrany wchodzi właśnie, zrealizowana przez niego wspólnie z Dukiem Johnsonem, animacja dla dorosłych „Anomalisa”. Z tej okazji Kaufman opowiada nam o swojej pracy w charakterze konsultanta telefonicznego, stosunku do języka niemieckiego oraz najdłużej realizowanej scenie erotycznej w historii kina.

Dekadę temu otrzymałeś Oscara za scenariusz do „Zakochanego bez pamięci”. Czy masz poczucie, że nagroda znacząco wpłynęła na twoją karierę?

Charlie Kaufman: Pewnie cię to zaskoczy, ale nie. Oscary przekładają się na popularność aktorów, którzy z miejsca są zasypywani nowymi propozycjami, ale w przypadku scenarzystów wygląda to zupełnie inaczej. Oczywiście cieszyłem się z nagrody i wziąłem udział w fajnym przyjęciu, ale nazajutrz moja skrzynka pocztowa wcale nie zapełniła się lukratywnymi propozycjami. Nie jestem jednak tym rozczarowany. Przynajmniej wciąż mogę robić filmy, na których naprawdę mi zależy.

Podczas gdy twoje poprzednie filmy stanowiły projekcje rozbuchanej wyobraźni, wchodząca na nasze ekrany „Anomalisa”, wydaje się zaskakująco realistyczna. Skąd ta zmiana?

Nie odnoszę wrażenia, że doszło do jakieś rewolucji. W zrealizowanej przeze mnie wspólnie z Dukiem Johnsonem „Anomalisie” też mamy przecież do czynienia z elementami nierzeczywistymi. W końcu drugoplanowe postacie mówią jednym głosem, a wszyscy bohaterowie są tak naprawdę chodzącymi lalkami. Moje cele się nie zmieniły – od początku kariery dążę w swoich filmach do zrozumienia prawdy o rzeczywistości, niezależnie od tego czy bywa ona mniej czy bardziej niezwykła.

Bohater twojego filmu, Michael Stone, to autor bestsellerowego poradnika dla sprzedawców, który w codziennym życiu posługuje się frazesami z własnej publikacji. Skąd czerpałeś inspiracje dotyczące używanego przez niego języka?

Z własnego życia. Tuż po studiach, gdy nie mogłem znaleźć zatrudnienia w świecie kina, przepracowałem dobrych kilka lat jako konsultant telefoniczny w redakcji gazety „Minneapolis Star Tribune”. Przychodziłem do biura o 5:30 rano, żeby odbierać telefony o tym, że jakiś prenumerator nie dostał swojego egzemplarza, a ktoś inny otrzymał wydanie bez kolumny sportowej. Gdy rzucałem robotę, nie miałem pojęcia, że te doświadczenia jakkolwiek mi się później przydadzą, ale życie potrafi być zaskakujące.

Charlie Kaufman i Duke Johnson

„Anomalisa” to pierwsza w twojej karierze animacja.

To właściwie czysty przypadek. Tekst „Anomalisy” powstał pierwotnie na użytek sztuki teatralnej. Pewnego dnia zobaczyli ją moi przyjaciele, którzy otworzyli właśnie studio animacji i szukali pomysłów na filmy. Zaproponowali mi współpracę, a ja chętnie się zgodziłem, bo – choć mam kilka swoich ulubionych twórców animacji, na przykład Jana Svankmajera – absolutnie nie czuję się ekspertem w tej dziedzinie. Realizacja „Anomalisy” stanowiła więc dla mnie ciekawe twórcze wyzwanie.

Postawiliście na klasyczną metodę animacji poklatkowej.

Chciałem za wszelką cenę uniknąć niepotrzebnego efekciarstwa. Gdybym popisywał się technicznymi fajerwerkami w skromnej opowieści o ludziach niespełnionych, zgorzkniałych i rozczarowanych życiem, byłoby to nieznośnie fałszywe. Prostota animowanej kreski doskonale przysłużyła się nastrojowi opowiadanej historii.

Twój film ma w sobie łagodną melancholię, która budzi skojarzenia z malarstwem lubianego przez filmowców Edwarda Hoppera. Czy jego twórczość była dla ciebie ważną inspiracją?

To zabawne, bo gdybyś spytał mnie o to w trakcie pracy nad filmem, odpowiedziałbym, że nic podobnego. Ostatnio jednak wypełniałem dla jednej z gazet kwestionariusz, w którym poproszono, bym wskazał swojego ulubionego malarza. Pomyślałem chwilę i nazwisko Hoppera było pierwszym, które przyszło mi do głowy. Inspiracje zwykle docierają do mnie zresztą nie w sposób dosłowny, a intuicyjny.

Szczególnie przejmująco wypada w „Anomalisie” scena seksu pomiędzy Michaelem, a przypadkowo poznaną przez niego kobietą. Na czym polegał twój pomysł na jej realizację?

Nie chciałem powielać w niej hollywoodzkich klisz ani opowiadać żartu w stylu: „Patrzcie, dwie lalki uprawiają seks!”. Wręcz przeciwnie, zależało mi na jak największym realizmie. Bohaterowie są wrażliwi, zestresowani i niepewni siebie. Zachowują się więc zupełnie tak jak zachowywaliby się wszyscy ludzie, którzy idą do łóżka z kimś, kogo dobrze nie znają.

Jak dużo czasu zajęła praca nad tą sceną?

Animacja to w ogóle sport dla długodystansowców. Wysiłek kilkunastu animatorów przekłada się średnio na dwie sekundy filmu dziennie. Scena, o której mowa, była bardziej skomplikowana niż wszystkie inne, gdyż trzeba było pokazać jednoczesny ruch dwóch przylegających do siebie ciał. Jej realizacja zajęła nam około sześciu miesięcy. Całkiem możliwe, że to najdłużej realizowana scena seksu w historii kina!

W innej słynnej już scenie „Anomalisy” bohaterka śpiewa piosenkę Cyndi Lauper „Girls Just Wanna Have Fun”. Dlaczego wybrałeś akurat ten utwór?

Początkowo postawiłem na piosenkę Celine Dion z „Titanica”, ale okazało się, że najzwyczajniej w świecie nie stać nas na jej wykorzystanie. Szukałem zatem innej piosenki, która wydaje się już przebrzmiała i kiczowata, ale w ustach Lisy zabrzmiałaby zaskakująco emocjonalnie. W końcu zaproponowałem „Girls…”, a podkładająca głos pod tę bohaterkę Jennifer Jason Leigh uznała ten wybór za strzał w dziesiątkę.

 

Anomalisa

Czy Jennifer i podkładający głos pod postać Michaela Stone’a, David Thewlis mieli znaczący wpływ na kształt filmu?

Zależało mi, by tak właśnie było. Gdy Jennifer i David nagrywali swoje kwestie, filmowaliśmy ich po to, by na etapie animacji jak najbardziej starannie odwzorować wykonywane gesty i mimikę. Było to kolejne działanie, które miało uczynić nasz film jeszcze bardziej realistycznym.

Choć w „Anomalisie” opowiadasz historię bardzo gorzką, w filmie nie brakuje – typowego dla ciebie – absurdalnego poczucia humoru. Bardzo zabawnie wypada choćby monolog o szpetnym brzmieniu języka niemieckiego.

To żart z dedykacją dla mojej córki, która poważnie rozważa studiowanie germanistyki. Nie miałbym zresztą nic przeciwko temu. Zanim jakiś tabloid zrobi z tego sensację, podkreślę wszem i wobec, że lubię zarówno Niemców, jak i język niemiecki.

Czy często zdarzają ci się tego rodzaju nieporozumienia w trakcie wywiadów?

Nie mam nic przeciwko dziennikarzom i szanuję ich pracę. Wszystko jest w porządku do czasu, gdy – zamiast rozmawiać o filmach – kierują rozmowę na sprawy osobiste. Ostatnio często pytają mnie na przykład o odczucia na temat śmierci Philipa Seymoura Hoffmana. Nie wiem jak wtedy reagować, to naprawdę cios poniżej pasa.

Dodaj komentarz

-->