Nie ma wątpliwości, że Quentin Tarantino obejrzał więcej filmów niż niejeden krytyk piszący o jego dokonaniach. Od inspiracji, nawiązań, drobnych smaczków w siedmiu zrealizowanych do tej pory produkcjach aż się roi. Nie inaczej jest z tą najnowszą – „Nienawistną ósemką”, filmem, w przypadku którego próba wepchnięcia do gatunkowej szufladki zakończy jak zwykle niepowodzeniem. Niby klimat przypomina „Django”, a zatem na tapecie jest western, ale im dalej w las, tym bardziej film może się kojarzyć z rasowym kryminałem, a nawet teatralną psychodramą. Bo tak naprawdę wszystko rozgrywa się tu w czterech ścianach przybytku prowadzonego przez niejaką Minnie, gdzieś w samym sercu mroźnego Wyoming. Na miejscu spotykają się uciekający przed śnieżną zadymką kolejni przybysze, a wśród nich dwaj łowcy głów ze swoimi, także żywymi, „trofeami”. Co oczywiste, nikt nie znalazł się tam przez przypadek – od podstarzałego generała wojny secesyjnej po burczącego pod nosem Meksykanina.
Sekwencja, którą podobnie jak w przypadku „Bękartów wojny”, reżyser zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. I choć bez dwóch zdań ją przeskoczył, to moim zdaniem już nie w takim stylu jak we wspomnianej produkcji.
Pierwszy raz oglądając film Tarantino, przyłapałem się na tym, że w pewnym momencie poczułem znużenie. Ale nawet jeżeli gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że reżyser „Pulp Fiction” powoli zaczyna zjadać własny ogon, to wciąż pozostaje starym dobrym Tarantino.
obsada: Samuele L. Jackson, Kurt Russell, Tim Roth
USA 2015, 183 min
Forum Film, 15 stycznia

