Nienawistna ósemka – ośmiu wspaniałych bawi i nuży

„Nienawistna ósemka”
reż. Quentin Tarantino

Nie ma wątpliwości, że Quentin Tarantino obejrzał więcej filmów niż niejeden krytyk piszący o jego dokonaniach. Od inspiracji, nawiązań, drobnych smaczków w siedmiu zrealizowanych do tej pory produkcjach aż się roi. Nie inaczej jest z tą najnowszą – „Nienawistną ósemką”, filmem, w przypadku którego próba wepchnięcia do gatunkowej szufladki zakończy jak zwykle niepowodzeniem. Niby klimat przypomina „Django”, a zatem na tapecie jest western, ale im dalej w las, tym bardziej film może się kojarzyć z rasowym kryminałem, a nawet teatralną psychodramą. Bo tak naprawdę wszystko rozgrywa się tu w czterech ścianach przybytku prowadzonego przez niejaką Minnie, gdzieś w samym sercu mroźnego Wyoming. Na miejscu spotykają się uciekający przed śnieżną zadymką kolejni przybysze, a wśród nich dwaj łowcy głów ze swoimi, także żywymi, „trofeami”. Co oczywiste, nikt nie znalazł się tam przez przypadek – od podstarzałego generała wojny secesyjnej po burczącego pod nosem Meksykanina.

Konflikt wisi w powietrzu, a wiadomo, że u reżysera „Wściekłych psów” oznacza to dwie rzeczy – dużo słów i jeszcze więcej krwi. I rzeczywiście Tarantinowska ferajna, na czele z Samuelem L. Jacksonem, Kurtem Russellem i Timem Rothem, strzela do siebie z niekłamanym wdziękiem. A niewiele brakowało, by w ogóle do tego nie doszło. Amerykański reżyser nigdy jeszcze nie miał tyle pecha, ile przy okazji „Nienawistnej ósemki”. Najpierw wyciekł scenariusz, co na pewien czas skutecznie zniechęciło go do rozpoczęcia realizacji. Gdy już dał się namówić, na dwa tygodnie przed oficjalną premierą, w internecie, ni stąd ni zowąd, pojawiła się… kopia filmu. Tyle że Tarantino zagrał piratom na nosie, bo akurat „Nienawistną ósemkę” trzeba zobaczyć w kinie. Wszystko za sprawą formatu (kręcił na taśmie 70 mm) i specjalnej techniki Ultra Panavision 70, której nie używa się od ponad 50 lat. Żeby przekonać się, o co chodzi, nie trzeba wcale długo czekać, bo kwintesencją tego jest świetna scena otwarcia ilustrowana muzyką Ennio Morricone.

Sekwencja, którą podobnie jak w przypadku „Bękartów wojny”, reżyser zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. I choć bez dwóch zdań ją przeskoczył, to moim zdaniem już nie w takim stylu jak we wspomnianej produkcji.

Pierwszy raz oglądając film Tarantino, przyłapałem się na tym, że w pewnym momencie poczułem znużenie. Ale nawet jeżeli gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że reżyser „Pulp Fiction” powoli zaczyna zjadać własny ogon, to wciąż pozostaje starym dobrym Tarantino.

obsada: Samuele L. Jackson, Kurt Russell, Tim Roth
USA 2015, 183 min
Forum Film, 15 stycznia

Dodaj komentarz

-->