Wiele filmów nam się w tym roku podobało. Jeszcze więcej nam się nie podobało, więc nie tak trudno było stworzyć tę listę filmów z tego roku, do których warto wrócić w roku 2016.
„Plemię”
reż. Myrosław Słaboszpyckyj
Hardcore roku. Gdyby u nas zdarzały się takie debiuty – przemyślane od początku do końca, każdym kadrem dowodzące tego, że reżyser wie, co robi, i że postawił wszystko na jedną kartę. „Plemię” to portret szkoły dla głuchoniemych na Ukrainie. Sergiej w swoim nowym internacie szybko przekonuje się, że czeka go niestandardowy tok nauczania. Będzie musiał odrobić lekcję z okrucieństwa, by zyskać posłuch wśród rówieśników. Zamknięci w odosobnieniu, wykluczeni z tzw. normalnego świata uczniowie tworzą hermetyczną wspólnotę, funkcjonującą jak zorganizowana grupa przestępcza.To realistyczna, surowa baśń o zarażeniu złem i desperackiej próbie wyrwania się z jej kręgu. Ukraiński reżyser nie estetyzuje okrucieństwa, ale też nie odwraca od niego wzroku. Przypatruje się mu tak jak Michael Haneke w swoich wczesnych filmach – w długich, wyczerpujących ujęciach, sugerując, że przemoc to jedyny użyteczny, dostępny dla bohaterów język.
„Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu”
reż. Roy Andersson
Najbardziej czarna komedia roku. „Gołąb…” to tragikomedia, która przekonuje, że po śmierci w najlepszym wypadku pozostaną po nas niedokończone kanapki i piwo. Przewodnikami po ukazanej w „Gołębiu…” Szwecji, wydestylowanym z absurdu świecie żywych trupów, samobójców in spe i produktów przemiany kapitalistycznej materii, jest para przedsiębiorców na skraju bankructwa. Krążąc od drzwi do drzwi, jako przedstawiciele branży rozrywkowej chcą dać ludziom trochę frajdy. Sprzedają „wesołe gadżety” – kły wampira („extra-long”), woreczki śmiechu i maski Wujka Ząbka (nowość, w której pokładają duże nadzieje) – ale zawsze trafiają na niewłaściwy moment. Wywołują złość i łzy zamiast radości. Głównym bohaterem nagrodzonego Złotym Lwem w Wenecji filmu jest jednak ironia losu – tym, którzy chcą umrzeć, każe czekać, tych, którzy chcą dopić piwo, ścina z nóg, pozostałym konsekwentnie uprzykrza życie. Film operuje wyblakłymi barwami, ma nieśpieszny, konsekwentny rytm – niczym uporczywy, powracający każdej nocy koszmar. Taki, który po przebudzeniu wywołuje jednak uśmiech.
„Ex Machina”
reż. Alex Garland
Science fiction roku. Debiut Garlanda przemknął przez nasze kina praktycznie niezauważony, podczas gdy w kategorii filmów science fiction „Ex Machina” przebija wszystkie megafranczyzy, w które wpompowano miliardy dolarów. Włącznie z tą największą – spod znaku George’a Lucasa. Ale nie jest to kino dla pokolenia ADHD. „Ex Machina” opowiada o teście Turinga, który w kinie jeszcze nigdy nie był tak seksowny. Z humanoidalnym – podejrzanie pięknym i niewinnym – robotem o imieniu Ava pogawędki ucina sobie programista Caleb, a nad całością sprawuje piecze naukowiec Nathan – szalony i zaskakująco umięśniony. Tandem Domhnall Gleeson i Oscar Isaac jest bardziej emocjonujący niż Chewbacca porykujący na Hana Solo, a Eva Vikander ma znaczne więcej charyzmy od Daisy Ridley. Garland prowadzi swoich bohaterów znanym szlakiem, ale świetnie buduje napięcie za pomocą klaustrofobicznej przestrzeni. Wie, że od efektów ważniejsze są postaci i intryga. Film ma spokojne tempo, które może zwieść czujność widza, ale warto mu się poddać.
„O dziewczynie, która późną nocą wraca do domu”
reż. Amy Lily Amirpour
Najbardziej urokliwy film roku. Wampir to zaskakująco zmaskulinizowany fach. Kobietom z kłami trudno przebić się przez wieko trumny, a co lepsze aorty i ekranowy czas zwykle przypadają w udziale leniącym się w trumnach, nieświadomym swojej uprzywilejowanej sytuacji hrabiom. O wampirzyce w zeszłym roku upomniała się jednak Ana Lily Amirpour – mieszkająca w Stanach Iranka wychowana na amerykańskim kinie. Iran nie wydaje się najbardziej przyjaznym środowiskiem dla wojujących, wyzwolonych strzyg, ale debiut reżyserki dowodzi, że odrobiła ona lekcję z popkultury i feminizmu. „O dziewczynie…”, bezpretensjonalna żonglerka gatunkowymi motywami w dopieszczonej wizualnie, wideoklipowej estetyce, to wypływający z osobistych doświadczeń manifest wampirycznego girl power i jeden z najbardziej pomysłowych filmów o dorastaniu, które w ostatnich latach trafiły do kin.
„Zjazd absolwentów”
reż. Anna Odell
Najlepsza filmowa zemsta roku. Szwedzka reżyserka i artystka Anna Odell wie, że do skutecznej zemsty potrzebna jest tylko kamera. „Zjazd absolwentów” to przewrotny pseudodokument będący rekonstrukcją spotkania klasowego, na które artystka w rzeczywistości nie została zaproszona. Dzięki kamerze mogła jednak naprawić niedopatrzenie znajomych z szkolnej ławy. Zawodowe sukcesy, rodzina na swoim, wybielone zęby i życiorysy – zjazd to dobra okazja, by wśród toastów i plotek zweryfikować szkolną hierarchię i przekonać się, kto ma lepszy pakiet medyczny. Szampańską atmosferę w filmie mąci jednak wtargnięcie Odell, która przypomni zebranym (aktorzy wcielają się w autentyczne osoby) mniej przyjemne chwile sprzed lat. Dorośli ludzie zmierzą się z oskarżeniami o znęcanie się na artystce. Nieuczciwy odwet, ryzykowna autoterapia histrioniczki czy społeczny eksperyment pokazujący, że demokratyczne społeczeństwo nie może się obyć bez kozła ofiarnego? Odell wodzi za nos widzów z równą wprawą jak swoich bohaterów – nie boi się obnażyć siebie, demaskując to, jak zazwyczaj usprawiedliwiamy wykluczenie i przemoc.

