# 8 / Polska drugą… Islandią?

To nie kolejny polityczny sen, według którego Polaków miałaby połączyć zgodność japońskiej kultury uprawy ryżu. Nie marzy nam się też druga zielona wyspa i garnuszki ze złotem na końcu długiej tęczy. Nie jest to kolejna obietnica wyborcza, więc poprzestańmy na politycznej aluzji zawartej w tytule. Zorientowani czytelnicy wiedzą, że Islandia zasłynęła na całym świecie rodząc pokolenie nietuzinkowych artystów. Zapewne wiecie także, że pod względem liczby ludności kraj ten jest niewiele większy od Katowic, lub Bydgoszczy. Fenomen ten opisywał kilka lat temu dziennikarz muzyczny – Bartek Chaciński („Śpiewając w ciemnościach”, Polityka, 9 września 2010), nie będziemy zatem powtarzać słowo po słowie jego – naprawdę ciekawych – refleksji.

W telegraficznym skrócie. Zaczęło się od zespołu The Sugarcubes, w którym śpiewała Björk. Wokalistka zdobyła popularność w Wielkiej Brytanii i to okazało się być trampoliną do sukcesu nie tylko jej własnego, ale kolejnych islandzkich zespołów: Gus Gus, Sigur Rós, Múm; a później także m.in. dla: FM Belfast, Emiliany Torrini, Sóley, Ólafura Arnaldsa, Bloodgroup i zdobywającego popularność duetu – Kiasmos. Nikogo już nie dziwi kategoria „muzyka islandzka”, ani „wokalistka skandynawska” – są to już autonomiczne muzyczne zjawiska, które wcale nie tracą na sile. Droga islandzkiego artysty od przydomowego garażu do studia amerykańskiego radia KEXP robi się coraz krótsza.
Nie, ja wcale nie zmierzam do naiwnej konkluzji, że jeśli Islandii się udało, to nam też może się taki transfer do ligi światowej powieść. Sukces muzyki islandzkiej służy tu bardziej za pretekst do dyskusji, tak samo jak niedawna premiera składanki „Don’t Panic We’re From Poland”, czy materiał o kulisach polskiego rynku muzycznego w programie „Na Językach” (emitowanym w TVN). W reportażu Agnieszka Szydłowska dzieli się swoim marzeniem, aby choć raz machina muzycznego marketingu wyniosła na szczyt prawdziwego artystę w miejsce kolejnego produktu. Dokładnie taka sama myśl chodziła mi po głowie od dawna. Dlaczego media wraz z całą swoją kreatorską mocą, mogąc z dnia na dzień stworzyć gwiazdę z dziewczyny, która pokazała na imprezie kawałek tyłka – nie mogłyby w ten sam sposób popchnąć kogoś z tej „dont panikowej” drużyny?

Od mniej więcej 2-3 lat tworzy się na naszym rodzimym gruncie dość zwarta scena alternatywnego popu i muzyki elektronicznej – to nie majaki, to fakt. Dostrzeżony już nawet na świecie, bo w blogosferze od jakiegoś czasu powstają zestawienia pt. „10 polskich zespołów, które warto znać”, czy mixtape’y z polskimi wykonawcami. Zbiór wciąż się rozszerza a nazwisk przybywa. Problem w tym, że dalszy rozwój tego światka jest ściśle uzależniony od zaplecza medialnego, wydawniczego i klubowego a ta sfera złapała ostatnio zadyszkę. Nieoczekiwanie bohaterką materiału „Na Językach” i zarazem naszą ambasadorką stała się Agnieszka Szulim, która spytała prowokacyjnie Mikołaja Lizuta (Rock Radio): jak to się stało, że radio z ambitną playlistą zaczęło grać Bon Jovi? Taka muzyka podoba się ludziom – otrzymała w odpowiedzi. Wam też?

Maciek

fot. Wojtasiak Fotografuje

Dodaj komentarz

-->