#6 / Wszyscy należymy do Dionizosa

Trudno o bardziej bezpośredni i dosłowny sposób na wyrzucenie z zespołu. Perkusista Captain Beefheart and His Magic Band został wypchnięty z umieszczonego na piętrze okna ponieważ nie potrafił na bębnach zagrać…poziomki. Jego niezdolność do abstrakcyjnego myślenia została ukarana natychmiastowo. Rozstania tego typu muszą budzić emocje. Przywołuje sobie obraz dwóch znajomych tarzających się po ziemi, okładających się nawzajem pięściami po twarzach. Oni po prostu licytowali się kto kogo wyrzuci z zespołu. Powinni jednak dać sobie szansę nawzajem, z kapeli można się przecież zwolnić samemu. Jak jeden taki, który zapragnął swojej natychmiastowej dekapitacji, po czym chwycił za siekierę mamrocząc -po cholerę mi ta głowa. To była nieudana, ale jakże honorowa próba odejścia. Wspomniany człowiek uniknął tego, co spotkało kiedyś jednego z nas – zdarzenia na granicy hańby i absurdu – zwolnienia z zespołu poprzez komunikator gadu-gadu!

Mówiąc o absurdzie, zacieraniu granic i wszelkim przypale, ciężko znaleźć tego więcej niż w środowisku muzycznym właśnie. W tej branży współczesna ekonomia jest kwestionowana do tego stopnia, że uprawia się wymianę naturalną – przelew przy barze po koncercie. Zdarzy się filharmonijny perkusista mający w swych nutach dwa takty do zagrania, ale niestety zagadał się właśnie z kontrabasistką, więc do końca symfonii siedzi bezrobotny i niespełniony. Czy on nie doświadcza poczucia absurdu? Każdy kto choć raz wkroczy w te progi jest już pod władzą Dionizosa i nic go spod tej władzy nie wyrwie. Bóg wina, sztuki i szaleństwa dopilnuje żeby twoje życie było nierzeczywiste, choćbyś starał się inaczej.

Wiedział to Miles Davies oddający się permanentnej imprezie, lokujący swoją trąbkę w lombardzie, aby otrzymywać ją wykupioną tylko na czas danego koncertu. W jego życiu czasem opuszczały go muzy i dobra passa, ale Dionizos nigdy. Nawet ocierając się o bycie alfonsem, był wierny swojej życiowej roli. Anthony Kiedis zaliczający niecelny skok do basenu z drugiego piętra na główkę? On wiedział że od bycia sobą nie da się wziąć urlopu na żądanie.

Moje, twoje, wasze życie nafaszerowane jest religią orficką a ci stojący na scenie mniej lub bardziej świadomie odprawiają to dziwne misterium uniesienia i samozagłady. Nasza kultura pełna jest właśnie takich wzorców i odniesień. Czy to Ormus Kama – bohater powieści Rushdiego, ten do którego we śnie przychodzi zmarły brat bliźniak przynosząc piosenki z innego wymiaru; a może skandynawskie kapele z nurtu black metal, których członkowie czasem sfotografują odstrzeloną głowę ex-kolegi i dadzą to na okładkę. Szaleństwo… jedni jak Stonesi godzą się z nim i noszą z elegancją, inni jak nasz rodzimy Borysewicz pokazują dzieciom przyrodzenie w poszukiwaniu wewnętrznego rock’n’rolla. Myślisz, że niczym dobry aktor zagrasz wariata, ale nawet to co grasz jest do okiełznania tylko przez chwilę. Można sobie z tym poradzić układając jakąś strukturę, czy uciekając jak się da od wszelkiego hedonizmu. To jednak nieważne, że jesteś uzależniony tylko od tlenu i pożywienia. Przyjdzie grecki bóg i wszystko wywróci do góry nogami. Dotyczy się to każdego, bo wszyscy już należymy do Dionizosa. każdy jest artystą, reżyserem, fotografem, muzykiem, grafikiem i modelką a lada chwila będziesz w stanie przekonać swoich rodziców że ten film który oglądają z tobą to nie jest porno, tylko post-modernizm. Jest jednak wątła szansa, że szaleństwo spowszednieje do tego stopnia by zniknąć w tłumie normalności a na ulicach niepostrzeżenie umierać będą artyści śmiercią kultową. Obiecane im monumenty spadną z nieba jak na życzenie, będą pospolite jak koks na love parade. Hymnem tych wszystkich osób będzie refren od Rihanny – Uh baby I’m a rockstar.

Michał

Dodaj komentarz

-->