2081, czyli modowa dystopia

źródło: surplus-project.com

Zamiast sterty zalegających w szafie ciuchów – kilka uniformów z niekończącą się datą ważności, wyprodukowanych ze sztucznych materiałów, które jednak w niczym nie różnią się od naturalnych. W miejsce sklepów – aplikacje, w których sami projektujemy i drukujemy ubrania skrojone na miarę, bo wzorowane na awatarach, automatycznie dostosowywanych do każdej zmiany naszego ciała.

Gdybym miał napisać scenariusz nowego odcinka „Black Mirror” poświęconego modzie, pewnie byłyby to moje punkty wyjścia. Założyłbym też, że moda w obecnej formule nie przetrwa i zostanie w niedalekiej przyszłości zakazana. Jej przedstawiciele mają na sumieniu wiele nadużyć, a ich hipokryzja może wkrótce przelać czarę goryczy. Branża mody jakby zapomniała o problemach, do których się przyczynia. Ucichł temat nierespektowania praw osób pracujących w azjatyckich szwalniach. Mimo zmiany obowiązujących w modelingu przepisów niedawno w Chinach zmarła z przepracowania 14-letnia rosyjska modelka. Ciągle lekceważymy też szkodliwy wpływ masowej produkcji bawełny – zarówno na uprawiających ją farmerów, jak i na środowisko. Mowa tu choćby o zanieczyszczeniu oceanów i zmianach klimatu, do których w znacznej mierze przyczynia się przemysł odzieżowy. I wreszcie bagatelizujemy hiperkonsumpcjonizm, globalną chorobę, z którą branża w ogóle sobie nie radzi. Nieleczona może mieć katastrofalne skutki.

Przyszłość i wielka szansa mody to upcykling, czyli przetwarzanie niepotrzebnych rzeczy i nadawanie im nowej wartości. Pomysł wdrażają coraz więksi rynkowi gracze. Chociażby duet holenderskich projektantów Viktor & Rolf przygotował dla Zalando kapsułową kolekcję „RE:CYCLE”. Powstała w całości na bazie niesprzedanych, zalegających w magazynach ubrań z poprzednich sezonów. Niewykorzystane trafiłyby do kosza.

Na mniejszą skalę, choć również międzynarodowo, dobry przykład wykorzystania upcyklingu pokazuje Magda Buczek. Artystka modyfikuje znalezione w lumpeksie czy na eBayu rzeczy – nadaje bluzom, koszulkom i sukienkom poetyckie hasła (np. „My Safe Word is War”) i na nowo wprowadza je w obieg pod marką Surplus Project.

Sprzeciw wobec szybkiej mody zagościł też w witrynach londyńskiego domu handlowego Harrods, a wcześniej nowojorskiego Saks, dzięki kampanii popularnej marki Vetements. Zamiast manekinów w ciuchach z najnowszych kolekcji sklep reklamowała sterta zużytych ubrań, którą każdy mógł powiększyć, dorzucając własne. Za włączenie się do inicjatywy ludzie otrzymywali przetworzoną z butelek plastikową opaskę „Vetements Harrods”, a część dochodów ze sprzedaży ubrań zasiliła konto charytatywnej organizacji NSPCC.

W mojej wersji scenariusza do „Black Mirror” powyższe inicjatywy byłyby więcej niż oczywiste i znane tylko z archiwalnych nagrań sprzed kilku dekad. Na szkolnych zajęciach dzieci uczyłyby się bowiem nowych technik wytwarzania tkanin, wykorzystujących m.in. nanotechnologię i fotowoltaikę. Nie istniałyby sklepy, które znamy obecnie. Jedyna legalna produkcja odzieży polegałaby na modyfikacji starych ubrań. Ludzie w końcu znaleźliby sposób na nadmierną konsumpcję – zaczęliby tworzyć kolektywy i propagowaliby wymianę. Ubrań byłoby mniej i powstałaby nowa definicja tego, co modne. Zastanawiam się tylko jaka. Nie wiem też kiedy, ale wierzę, że zalążek mojego scenariusza zostanie w końcu rozwinięty – i to nie przez Netfliksa albo scenarzystę „Black Mirror”, ale rzeczywistość.

Tekst: Michał Koszek

Dodaj komentarz

-->