Steve Jobs – geniusz czy hochsztapler?

„Steve Jobs”
reż. Danny Boyle

Na dobrą sprawę życie Steve’a Jobsa to klasyczny filmowy samograj. W końcu nie każdy w garażu tworzy wartą grube miliardy dolarów firmę. A jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że większość dumnych posiadaczy iPhone’ów, iPadów czy Macbooków najzwyczajniej nie miało pojęcia, jakim draniem – by nie przebierać w słowach – był ich guru, to potencjał zdaje się nieskończony. Tyle że ma to też drugą stronę medalu, bo to filmowa waga ciężka. Niemal natychmiast nasuwa się pytanie, jak z tak barwnego życiorysu wybrać materiał na dwugodzinną fabułę, tak by wszyscy byli zadowoleni. Za bary z tym tematem nieprzypadkowo wziął się Aaron Sorkin, aktualnie jeden z najbardziej cenionych w Hollywood scenarzystów. Mało tego – to przecież on kilka lat temu napisał dla Davida Finchera filmową biografię twórcy Facebooka, Marka Zuckerberga.

„The Social Network” to moim zdaniem film wybitny, którego siła tkwi przede wszystkim w dialogach. „Steve Jobs” stanowi w dużej mierze kopię tego pomysłu i dowód na to, że nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Akcja oparta jest tu na trzech wydarzeniach związanych z premierami legendarnych produktów – Macintosha, NeXT Cube oraz iMaca. I to może właśnie stanowi problem, bo z perspektywy laika każda z tych partii jest niemal identyczna. Pomijam już fakt, że spora część fabuły rozgrywa się nie w legendarnym garażu – choć przez chwilę go widzimy – a lecz… garderobach (skojarzenia z „Birdmanem” nieprzypadkowe). Bo dla Danny’ego Boyle’a i Sorkina właśnie one zdają się najlepiej opisywać Jobsa. Człowieka, który jak nikt lubi pogrywać ze swoimi bliskimi, tocząc z nimi niekończące się batalie słowne. Przydługie i nudne.

Pytanie, czy to Sorkinowi nie starczyło pomysłu, czy może po prostu Jobs okazał się mniej błyskotliwy niż Zuckerberg.

W rolę założyciela firmy Apple wciela się niepodobny do niego Michael Fassbender, ale nie ma to znaczenia. Robi to na tyle dobrze, że jeżeli coś można uznać za mocny punkt „Steve’a Jobsa”, to jest nim właśnie wspomniany aktor. Po tym filmie nasunęło mi się w zasadzie tylko jedno, zawarte w tytule recenzji pytanie. Oby niedługo nie musiał na nie odpowiadać Danny Boyle.

obsada: Michael Fassbender, Kate Winslet, Seth Rogen, Jeff Daniels
USA 2015, 122 min
UIP, 13 listopada

Dodaj komentarz