Poprawiny
„Zróbmy więc prywatkę jakiej nie przeżył nikt”, śpiewał Oddział Zamknięty. Albo w sumie wył, bo nieśmiertelny imprezowy szlagier zaczyna się charakterystycznym pijackim wyciem. Niedziwne, że sąsiedzi walili do drzwi. Tapage, po francusku oznaczające „burdę”, „hałas” i „rwetes” , używane jest również na określenie imprezy z udziałem sąsiadów lub policji. Nazwa, trzeba przyznać, jak na lokal na placu Zbawiciela idealna. Ani złowrogich sąsiadów ani tęczowych funkcjonariuszy tutaj nie brakuje. W poniedziałkowy, zimny wieczór brakowało za to klientów, więc nawet przy najlepszych chęciach burdy nie dało się tu rozkręcić. A szkoda, bo mam poczucie, że Tapage – młodszy brat eleganckiego Kaskruta z Poznańskiej – dużo lepiej wypadłby w pijackim tłumie. Może wtedy nie byłoby widać brudnego mopa, który nonszalancko stał w kącie górnej sali. Bardziej wyrozumiała byłabym też wobec sympatycznej, ale jednak totalnie nieogarniętej obsługi i piętrzących się na moim stoliku brudnych talerzy. Talerzy, co trzeba powiedzieć, jednorazowych. Okej. Ekologicznych i biodegradowalnych, ale jednak nieprzyjemnie lekkich i sprawiających, że nawet najbardziej wykwintne danie wygląda na nich, jak zaserwowane po raz drugi. Wszystko to razem sprawiło, że w Tapage czułam się trochę jak na poprawinach wesela. Bardzo wystawnego i dobrego wesela, które jednak już się skończyło. I stąd trochę brudu na podłodze, papierowe talerzyki i lekko skacowana obsługa. Może więc zamiast opisywać after, puszczę wodzę wyobraźni i spróbuje opisać bifor. A przynajmniej to, jak powinien wyglądać.
Na przystawkę dostaję jajko/kimchi/pancake (12 zł) i spring roll/soja/orzech ziemny (10 zł). Pierwsze jest chrupiące, przyjemnie ostre z rozpływającym się jajkiem. Drugie mdławe, trochę nijakie, ale za to z rozkosznie orzechowym i słodkim sosem. Cóż, widocznie to mieszczańskie wesele i dania muszą być zarówno dla tej ekstrawaganckiej, jak i zachowawczej części rodziny. Azjatycka odnoga zdecydowanie nie lubi eksperymentów. Podobnie wypada to przy drugim. Znów dostaję nieudany klasyk, czyli raclette (19 zł) – zmarznięte na kość ziemniaczki i zeschnięty ser – i naprawdę dobrą ekstrawagancję, czyli kaczkę w rabarbarowym musie ze szparagami i truskawkami (29 zł). Deser jest już wspólny. W końcu to, co łączy parę młodą, to słodycz. Zamawiam enigmatyczne danie miso/syrop klonowy/dym (12 zł) i jestem w niebie. Słony syrop klonowy, podany w postaci zaschniętej pianki o konsystencji wapiennej skały, zatopiony jest w wytrawnych lodach obtoczonych słodką kruszonką. Całość przybrana popcornem. Słodko-słony smak, który zostaje w ustach, idealnie opisuje uczucia, które budzi we mnie Tapage. Jest tu trochę ekstra i trochę strasznie. Jest niebanalnie, ale miejscami na siłę. Ogólnie chce się tu jeść, ale nie za często. W końcu nie każdego dnia idzie się do nieba. [Olga Święcicka]
Tapage
Plac Zbawiciela 5
pon.-czw. 12.00-00.00
pt.-sob. 12.00-04.00
niedz. 12.00-00.00

