Rozmawiamy z twórcami Kwiaciarni Grafiki – Martą i Henrykiem Kwiatek

 

Marta i Henryk Kwiatek – nasi miejscy Aktiviści Roku. Ich narzędziem są rośliny, metodą sitodruk, terenem działań miejska przestrzeń, a siedzibą Kwiaciarnia Grafiki. W tym roku na katowickich osiedlach zbudowali szklarnie, w których blokersi i ich mamy wystawiali swoje domowe kwiatki; uczyli gimnazjalistów, że nie wszystkie ścieżki prowadzą do centrum handlowego; i pokazywali, że zło może być dobre.

Jak się poznaliście?

K: Poznaliśmy się w Zachęcie podczas warsztatów, które organizowaliśmy wtedy jeszcze z chłopakami z Vlep[v]netu, robiliśmy massmixa z meksykańskim artystą…

Jak się nazywał ten artysta?

K: Yyy, meksykański artysta?…
M: Pamiętam, że to było we wrześniu.
K: Te warsztaty polegały na tym, że my przygotowaliśmy różne graficzne elementy, które ludzie mieli sobie dowolnie powyklejać. No i przyszła.
M: Przyszłam, zaczęłam przyklejać, i do teraz odkleić się nie mogę.
K: To zdecydowanie sztuka nas połączyła, bo moja pierwsza próba zdobycia serca Marty skończyła się klęską. Dopiero z grubego „s” się w to serce udało wejść. Okazało się, że oboje zajmujemy się projektowaniem graficznym, więc jak nie ma o czym pogadać, to zawsze możemy pogadać o Photoshopie.

Wasze pierwsze większe wspólne działanie to warzywniak w Zielonej Górze. Skąd wam się ta praca z ziemią do sztuki przypałętała?

K: To pewnie wina moich rodziców, dziadków albo jeszcze kogoś wcześniej, kto się nazywał Kwiatek. Ale rośliny są dla mnie ważne również jako opozycja do pomników, które jak staną, tak stoją, martwe i niezmienne. Sadzenie kwiatków to miękkie działanie, a moim zdaniem miasto powinno być miękkie, powinno się cały czas zmieniać. Ja wolę dynamikę naszego miasta – te kontrasty: tu mam kamienicę, tu biurowiec, tam bloczysko – niż np. krakowski porządek. Idziesz ulicą, skręcasz w następną, a ona jest taka sama. I kolejna też. Niby fajnie, wszystko pięknie, trzyma się proporcji, ale jest nudne. A wtedy w Zielonej Górze, siedem-osiem lat temu, przed galerią zrobiliśmy zagon, w którym posadziliśmy rośliny jadalne. Wówczas o miejskich ogrodach nikt w Polsce jeszcze nie słyszał. Wymyśliliśmy to tak: wspólne sadzenie i wspólne jedzenie – żeby zaangażować ludzi. Ktoś przechodzi koło galerii, myśli „Eee, galeria”. Ale patrzy i widzi poziomkę: „O! poziomka!”. I przez tę poziomkę może trafi do galerii.
M:
Praca z roślinami jadalnymi jest też wdzięczna dlatego, że wiążę się z konkretną nagrodą. Bo jest trochę tak, że Polacy w dużej mierze nie są jeszcze gotowi, żeby robić coś całkowicie bezinteresownie.
K: Być może nas na to jeszcze najnormalniej w świecie nie stać. Potrzebujemy tego jednego pomidora, który na koniec sezonu będzie dla nas.
M:
Pomidor osładza życie.

Wam konkretne nagroda nie jest, zdaje się, tak bardzo potrzebna. „Nie mamy ambicji, żeby mieć większe mieszkanie czy samochód, jaramy się tym, że współpracujemy z kimś, kogo lubimy i szanujemy”, powiedzieliście kiedyś. Jak to się robi? Jak nie być niewolnikiem takich „ambicji”?

K: To jest kwestia ustalenia priorytetów w życiu. Zamiast pracować tylko na to PKB, my postanowiliśmy część tego, co zarobimy, przeznaczać na PKB kulturalne. A samochód się pewnie pojawi, bo gratów mamy dużo, a znajomi maja ograniczoną wyporność. Ale to pewnie będzie jakiś gruchot. Bo my zawsze lubiliśmy z gruchotami pracować. Staramy się ograniczać wytwarzanie nowego, raczej przetwarzamy stare. Świat i tak wystarczająco pławi się w nowościach.

„ZŁO”, wasza wystawa przygotowana na Sitofest, trwający właśnie ogólnopolski festiwal sitodruku, też jest o odpadach. 

K: Seria „ZŁO” to archiwum prac, w którym od początku istnienia naszej pracowni zbieramy to, co uważamy za najciekawsze w technice sitodruku – ludzki błąd. Te prace to po prostu nieudane próby lub próbne odbitki, które w profesjonalnym zakładzie drukarskim wyrzuca się na śmietnik. My je zachowaliśmy – najpierw z oszczędności, żeby nie marnować papieru, bo na każdej można odbić jeszcze kilka odbitek próbnych. Później jednak zrozumieliśmy, że w ten sposób nagle powstają nowe ciekawe prace. I np. łączą dwóch artystów, którzy nigdy się nie spotkali. Taki moment przypadku, otwartego kodu, jest bardzo atrakcyjny. Być może później któraś z tych prac znowu trafi do nas pod stół i doczeka się kolejnej warstwy.

Co was w błędzie pociąga? Błędy się raczej eliminuje.

K: Coś, co jest perfekcyjne, wydaje się nam skończone, więc martwe. Błąd zmusza nas do poszukiwania.
M: Co ciekawe, ta nasza seria też się bierze z dążenia do doskonałości. Bo te odbitki były odrzucane w dążeniu do perfekcji.
K: Zło plus zło równa się dobro. Taki wzór nam tu wyszedł. To jest takie samplowanie. Ciekawe jest więc to, że w ten sposób sitodruk, metoda na tle współczesnych technik drukarskich bardzo archaiczna, może działać we współczesnym języku, wpisując się w kulturę remiksu. Poza tym błędy są nam potrzebne, bo sami jesteśmy ułomni i w idealnym świecie byśmy nie wytrzymali. Błąd pozwala uciec, nagle gdzieś skręcić, wejść na jakąś nową drogę.

Niedawno warszawski street art pokazywaliście gimnazjalistom podczas spaceru -po mieście. Dla nich to były nowe ścieżki?

K: Wystarczyło wyjść ze szkoły i skręcić za róg i już mieliśmy dobry mural czy superwlepę. Bo to jest wszędzie. A dzieciaki są turbochłonne i od razu zadają pytania: po co to jest, czy to nie jest nielegalne, czy to nie jest wandalizm?

I co im odpowiadałeś?

K: Że nie wszystko, co łamie zasady, jest złe. Że czasem prowokuje rozmowę, dyskusję, która może sprokurować zmianę myślenia, i to jest dobre. Ale mogłem tylko przedstawić swoje zdanie – że np. taka wlepa to jest działanie, które otwiera nas na otaczające miasto.

 

kwiaciarnia rafiki 2

 

Można gimnazjalistów nauczyć czegoś, czego nie nauczy ich szkoła?

K: Czym jest miasto. Jak tylko w zasięgu pojawiło się centrum handlowe, wszyscy automatycznie założyli, że tam właśnie idziemy. Wyraźnie było widać, że dzieciaki dużo bardziej zainteresowane są Złotymi Tarasami niż muralem Blu. Miasto jest dla nich zbiorem obiektów, a nie przestrzenią, w której dzieją się różne ciekawe rzeczy. Nie zdają sobie sprawy, że ta przestrzeń wpływa na to, jak się czujemy. I że można ją kształtować. Także oddolnie. Wielką atrakcją np. okazało się przejście przez płot. Furtka na trasie, którą obrałem, było zamknięta, więc cóż mogliśmy robić. Chłopaki od razu rokminiły co i jak, dziewczyny też, no to panie w końcu też przez ten płot przelazły. Fajne było dla nich to, że mogli się samodzielnie zmierzyć z przestrzenią.

Jak wam się żyje w tym mieście?

M: Warszawa na pewno się zmienia, bo jest żywym organizmem. Nas ten ruch cieszy, bo jest inspirujący.
K: Nasze pokolenie dobrze trafiło, bo ja jeszcze zastałem Warszawę taką turbodziką. Kiedyś, żeby pójść nad Wisłę, musiałeś być kozakiem. Ale weszła cywilizacja, to się wszystko porządkuje i w jakimś sensie też kończy – tzn. kończy się pewna romantyka tych miejsc. Przestrzeń, która ma jednoznaczne funkcje, nie inspiruje. Chcesz pojeździć na rowerze – idziesz na ścieżkę rowerową i zaczynasz przypominać tramwaj, który kursuje od pętli do pętli. Chcesz napić się piwa – idziesz do baru. Chcesz zobaczyć street art – idziesz do galerii. Nie musisz więc wymyślać alternatywnych przestrzeni, one już na ciebie czekają. Trochę za tą ruderalną samodzielnością życia w mieście tęsknię, choć z drugiej strony jako rodzic małego dziecka doceniam te zmiany.

Zanikającą w stolicy dzikość miasta odnaleźliście w Katowicach?

K: Miałem dotąd jedno wspomnienie z Katowic – gdy byłem nastolatkiem, kibice Ruchu Chorzów przegonili mnie przez cały dworzec. Szybciej w życiu nie biegłem. I latami przez pryzmat tego wspomnienia oceniałem całe miasto.
M: A tam mieszkają turboludzie! Przekonaliśmy się o tym po raz pierwszy kilka lat temu, gdy pojechaliśmy tam z wystawą naszego zina rowerowego.
K: Śląsk to oczywiście trudna przestrzeń, dużo tragedii tam się rozgrywa, ale dla kogoś, kto chce w sposób świadomy i odpowiedzialny procować z przestrzenią, to jest miejsce idealne.
M: Nasz ostatni projekt, „Florystyczna mapa Kato”, to były cztery szklarnie postawione na „trudnych” osiedlach.
K: Warszawska Praga jest przy nich sielankową przestrzenią. Problem polegał na tym, czy te szklane obiekty – a nie była to szyba jak na przystankach autobusowych, która jest przygotowana na interakcję ze złem – w ogóle przetrwają. Mówiono nam, że one nie postoją w tych miejscach nawet dzień. Ale przetrwały, bo w projekt bardzo szybko włączyli się mieszkańcy tych osiedli. Ich zaangażowanie miało polegać na tym, że przynoszą do naszej szklarni swoje domowe kwiaty. Bo chodziło o to, żeby zobaczyć, co lokalsi mają w domach, żeby skłonić ich do podzielenia się swoją prywatnością i w ten sposób zbudować relację z sąsiadami.
M: Mieliśmy na miejscu świetnego współpracownika, Łukasza Fuglewicza, botanika, który o te kwiaty dbał, bo warunki były trudne – raz bardzo gorąco, raz chłodno, trzeba było reagować. Jedna pani przyniosła pięknego kaktusa, który kwitnie raz do roku przez dwa dni i akurat zakwitł. Sąsiedzi przychodzili, żeby go oglądać, więc ta akcja miała też aspekt galeryjny.

Wasze szklarnie staną w innych miastach?

K: Ten projekt dojrzewał bardzo długo, bo cztery lata. Nasze pomysły ewoluują w zależności od miasta i jego struktury społecznej. Dla Warszawy przygotowaliśmy razem z architektami i socjologami projekt BazyOazy hotelu dla kwiatów. Budynek nawadniany deszczówką, odpowiadający na potrzeby miasta, w którym przeważają płytkie relacje sąsiedzkie – nie znamy sąsiadów, nie mamy komu zostawić kluczy na czas wyjazdu, żeby zadbał o nasze kwiatki. W Katowicach te relacje są lepsze, klucze wciąż są przekazywane. Choć była jedna pani, która bardzo się ucieszyła, że może nam zostawić kwiatki, bo akurat wyjeżdża do sanatorium, a nie ma się nimi kto zająć. Nasz hotel dla kwiatów dostał wyróżnienie w konkursie Urban Transforms organizowanym przez Bęc Zmianę i BMW, ale to jest duży projekt, potrzebuje sponsora. Nie zapominamy przy tym o ludzkiej skali, to nie są działania artystyczne z gatunku sztuka dla sztuki. My staramy się robić sztukę dla ludzi i z ludźmi.

No właśnie, działacie w mikroskali i przeważnie poza instytucjami. Każdy urzędnik wam powie, że w mieście potrzeba dróg, przedszkoli i mostów,  a wy tu sobie kwiatki sadzicie. To ma sens?

M: Te kwiatki to są relacje międzyludzkie. A najważniejszy składnik miasta to człowiek. Drogi nie zastąpią relacji sąsiedzkich. A sposób, w jaki myślimy o najbliższej przestrzeni i zamieszkujących ją ludziach – czy o nią dbamy, czy jesteśmy dla siebie przyjaźni – przekłada się na inne sfery.
K: W Warszawie ruch ludzi jest gigantyczny. Część przyjeżdża, część wyjeżdża, reszta migruje wewnątrz miasta, bo zmienia wynajmowane mieszkania. Ludzie wchodzą w nową przestrzeń, nikogo nie znają. Takie sąsiedzkie sadzenie kwiatów buduje relację i z miejscem, i z sąsiadami. Oczywiście ludzi do przestrzeni wciąż jeszcze najsilniej przywiązuje płot – jak coś ogrodzisz, to masz poczucie, że jest twoje. Ale to jest wiejski atawizm. Przestrzeń do spotkań jest krwiobiegiem miasta, jeśli on nie funkcjonuje, to miasto umiera. Ważne, żeby ludzie się spotykali – i to różni ludzie. Żeby spotykać się poza siecią, gdzie otaczamy się niemal wyłącznie ludźmi takimi jak my. Bo potem przychodzą wybory i jesteśmy w szoku, że nie wszyscy myślą tak jak my, mimo że na fejsie wyglądało to inaczej. Ważne, żeby mieć okazję zobaczyć kogoś, kto jest ode mnie grubszy, chudszy, jaśniejszy, ciemniejszy. Odkrycie, że na świecie są tęż inni, to bardzo ważne wydarzenie w życiu każdego człowieka.

Dodaj komentarz

-->