Czego nie wiecie o Unsoundzie?

Ciuciubabka

Program tegorocznej edycji Unsoundu przypomina akta FBI, które upubliczniane są chyba tylko po to, by zirytować czytających je ciekawskich. Pełna czarnych plam lista gości krakowskiego festiwalu ma pokazać, że nie nazwiska są ważne tylko muzyka. 

Niestety nie dysponujemy zapisami reakcji publiczności, która 23 marca 1792 roku zebrała się w Hanover Square Rooms w Londynie, by po raz pierwszy wysłuchać 94. symfonii Josepha Haydna. Za sprawą rozrywającej delikatną konstrukcję, nagłej, bardzo głośnej frazy po dziś dzień nazywana jest ona „Niespodzianką”, co najdobitniej świadczy o tym, jak duże wrażenie musiał zrobić ten zabieg na osiemnastowiecznych melomanach. Od tamtej pory, kolejne pokolenia kompozytorów, instrumentalistów, producentów i didżejów chcąc zaskakiwać słuchaczy przesuwały granice coraz dalej, aż John Cage dotarł do punktu zero – sławnej kompozycji „4’33”, w której pianista nie gra… nic, a zastępy harsh noise’owców na przeciwległy biegun – do maksimum hałasu, ryku, jazgotu i szumu. Dziś – w czasach mash-upów, międzygatunkowych mariaży i youtube’owej plądrofonii – częściej niż z zestawień „nie pasujących” do siebie dźwięków, te muzyczne zaskoczenia wynikają z kontekstu – drill’n’bassowy warkot wprawi w osłupienie bywalców house’owej dyskoteki, metalowa ballada oburzy stepperów na dubowym soundsystemie, a występ Merzbowa chwilę temu przetrzebił widownię Warszawskiej Jesieni. Co się natomiast stanie kiedy muzykę wyjmiemy z oków nazwy, krążącej o niej famy i narosłej wokół niej otoczki?

– Prawdopodobnie najlepszy koncert, jaki kiedykolwiek zagraliśmy, odbywał się na zasadzie zaciemnienia. My znajdowaliśmy się za zasłoną, a publika była wprowadzana do czarnego pomieszczenia, w którym nie było żadnych świateł. Ludzie, którzy przyszli tego wieczoru do klubu nie wiedzieli nawet, jaki zespół wystąpi. Graliśmy czując, że oni tam są i się poruszają, bo kotary delikatnie falowały, jednak kompletnie straciliśmy poczucie bycia na scenie – opowiada w książce „For the Record” Nik Void ze znanego bywalcom Unsoundu składu Factory Floor. Współcześni kontynuatorzy bogatych brytyjskich tradycji industrialnych pomysł na tajemniczy koncert zaczerpnęli od pionierów ciężkiego, przemysłowego grania, którzy dekady wcześniej urządzali podobne performensy buntując się przeciwko rockowemu kultowi gwiazd. I choć Throbbing Gristle zdarzało się grywać anonimowe występy już w latach 70. to swoimi dywersyjnymi strategiami artystycznymi nie udało im się – niestety – dokonać przewrotu na rynku fonograficznym, gdzie status wciąż liczy się bardziej niż prezentowane dokonania. – Nazwisko artysty wciąż jest największym magnesem, często tak silnym, że przymykamy oko na muzykę i skupiamy się na medialnej otoczce czy hajpie – twierdzi Michał Turowski, założyciel niskonakładowych labeli Oficyna Biedota i BDTA, będących stałym gościem targów niezależnych wytwórni, towarzyszących kolejnym edycjom Unsoundu. Jako, że część jego gościła również na deskach festiwalu, kto wie czy ich utwory nie trafiły również na trzy anonimowe kasety i jeden kompakt, które wypuścił w 2013 r. – Ideą stojącą za „Serią Numeryczną” było zaprezentowanie słuchaczowi czystej muzyki. W projekcie wzięło udział kilkunastu artystów: zarówno debiutantów, jak i twórców o wypracowanej marce. I chociaż ci ostatni mogą pochwalić się wieloma osiągnięciami, sami byli ciekawi, jak ludzie odbiorą ich muzykę bez świadomości tego, kto gra – tłumaczy Michał.

Zgaduj zgadula

Koncepcja, którą BDTA zrealizowała na skalę 20-30 kaset, a Factory Floor na potrzeby jednego niewielkiego koncertu, ekipa Unsoundu rozbudowała na miarę dużego, kilkudniowego festiwalu. – Większość festiwali ogłasza swoje line-upy w podobny sposób – w rzutach wymieniając kolejnych artystów grających w danym roku. My mieliśmy plan, by nie ogłaszać zupełnie nic, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że spowodowałoby to zbyt dużą dezorientację. Postanowiliśmy więc wciągnąć publiczność i media w swego rodzaju grę – mówi Mat Schulz, pomysłodawca i dyrektor artystyczny festiwalu, którego tegoroczny program pozostanie w dużej mierze tajemnicą, często aż do momentu otwarcia drzwi do klubu czy wejścia artysty na scenę.  – To odpowiedź na uprzedzenia i z góry wyrobione opinie, z którymi przychodzimy na występy artystów, których znamy z nazwiska czy niedawnej fali hajpu. Tajemnicze pozycje w line-upie mogą się okazać dobrze znanymi zagranicznymi gwiazdami, ale również przez nikogo nie kojarzonymi reprezentantami polskiego podziemia.

 

Wyrównanie szans

Niewiedza, kto wystąpi, ma pozwolić wysłuchać ich propozycji w sposób „neutralny”. Sposób, który pasjonaci muzyki czule wspominają z odległych czasów, kiedy to dopiero orientowali się powoli na muzycznej mapie i wszystko było dla nich nowością. Sposób, o którego wartości niektórych artystów trzeba było przekonać. – Ciekawym doświadczeniem było sprawdzanie w praktyce, który z muzyków podejdzie do tego pomysłu z entuzjazmem, a kto nie zgodzi się na takie rozwiązanie – wspomina Schulz okres przygotowań do festiwalu. – Dla rozpoznawalnej gwiazdy, występ, który nie był wcześniej ogłoszony, może okazać się uwalniający. Natomiast ktoś, kto nie jest znany ma szansę zagrać przed większą publiką, która być może będzie bardziej otwarta na nowe doznania – zastanawia się Mat. Być może dzięki temu artyście uda się zaskoczyć słuchaczy, bo nie naczytają się wcześniej o tym, że footworkową rytmikę łączy z jungle’owymi breakami, a w ambientowe pasaże wplata noise’owe partie.

 

11-18.10

UNSOUND KRAKÓW

Dodaj komentarz

-->