Obcy w naszym ogródku! Co z nimi robić?

Sztuka chwastów

Atakują drogą powietrzną i wodną. Znają szlaki transportowe. Paktują ze zwierzętami i podeszwami butów. Szybko się adaptują do nowych warunków, wypierając słabszych. Rośliny inwazyjne uciekają z ogródków, ale artyści mają na nie swoje sposoby. 

Scenariusz rodem z „Dnia tryfidów” światu jednak nie grozi. W tym klasycznym science fiction z 1962 r. obce, monstrualne rośliny oślepiały i zjadały ludzi. Hiacynt wodny czy podstępnie płożący się rdestowiec japoński mieszkańców Europy oczywiście nie zjedzą – wolą ich portfele. Według obliczeń państwa Unii Europejskiej każdego roku przeznaczają średnio 12 miliardów euro na walkę z gatunkami inwazyjnymi. Sprowadzane niegdyś z Azji i Ameryki Północnej jako ozdoby ogrodów bądź rośliny uprawne, wyrwały się spod kontroli i wrosły w miejski krajobraz. Powoli zaczęły też wypierać rodzime gatunki. Niepozorna moczarka kanadyjska w Szwajcarii utrudnia żeglugę i wpływa na populację wodnych zwierząt. Z kolei rdestowce i niecierpki wytrwale zagarniają brzegi rzek w Anglii, ograniczając rozwój innych gatunków. Walka jest kosztowna i trudna. Chemia, wycinki, kontrole szkółek ogrodniczych, kary za hodowlę roślin z tzw. czarnej listy. Jednak transformersi – jak w fachowej literaturze określa się obce rośliny przekształcające ekosystemy – nie składają broni. Zwalczanie czasem spotyka się też z  głosami krytycznymi. Rośliny, które w jednej branży przynoszą szkody, mogą być zbawienne dla innej. Np. inwazyjne nawłocie cenią  pszczelarze. Kwitną one późno, więc owady mają drugie danie w ciągu roku.

Zielony szturm

Wielu agentów obcej flory rośnie również za naszymi oknami. W paszporty roślin podczas letnich spacerów wokół Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zaglądałem wraz z doktorem Adamem Kaplerem, botanikiem z PAN-u. Klon jesionolistny, robinia akacjowa czy dąb czerwony dotarły nad Wisłę zza oceanu. Nawet swojski kasztanowiec, który od kilku lat przegrywa walkę z owadzim migrantem z Macedonii – żarłocznym szrotówkiem, pierwotnie był obywatelem Bałkanów. Oczywiście drzewa nie sieją takiego spustoszenia jak rdestowce, ale niektóre gatunki są z naszych miast usuwane. Tak jak pospolita czeremcha amerykańska, która przekrada się do np. Kampinosu, zaburzając rodzime ekosystemy. Jednym z bardziej uciążliwych migrantów jest barszcz Sosnowskiego, antybohater letnich serwisów informacyjnych. W latach 70. miał stać się podstawą diety polskiej trzody, ale nawet świniom nie przypadł do gustu. Teraz głównie parzy i obrasta nieużytki. Paradoksalnie, polityka czystek jest sprzeczna z nowymi modami ogrodniczymi – wzdłuż polskich ulic przybywa bowiem miłorzębów japońskich czy platanów. Wszędzie są też tuje. – Może za kilkaset lub kilkadziesiąt lat to tuje wyjdą z domowych ogródków i opanują polski krajobraz – odpowiada Adam na pytanie o to, czy takie mody grożą nam w przyszłości globalną tujozą. Obecnie sadzi się je także w lasach, przy przejściach dla zwierząt pod autostradami. Są tanie, łatwo się przyjmują, ale według niektórych leśników nie spełniają nawet swojej podstawowej funkcji – zapachem odstraszają bowiem zwierzęta. – Na razie tuja to jednak tylko problem estetyczny. Więcej kłopotów może w przyszłości przysporzyć gospodarka energetyczna. Są pomysły, by z rdestowców robić biopaliwo. To roślina o dużym potencjale inwazyjnym, potrafi rosnąć nawet na wysypiskach śmieci, jak np. to na stołecznym Radiowie – podsumowuje.

Sztuką w inwazje

Podział na rośliny szlachetne i inwazyjne, gatunki rodzime i obce przyciągnął też uwagę artystów. Ochrona, wyplenianie, kontrola – to, co w naukach ścisłych wydawać się może obiektywne, w sferze socjologii staje się agresywne, umotywowane politycznie. Na ryzykownej analogii między migrującymi roślinami i ludźmi swoje artystyczne inicjatywy opiera Gregor Różański. W Centrum Sztuki Współczesnej przez całe lato można było oglądać jego projekt „Green Card”. W piwnicznej  przestrzeni zielone karty otrzymały rośliny inwazyjne – uwięzione w akwariach są ustawione na stołach obitych torbami rodem ze Stadionu Dziesięciolecia. Sterylne światło i panujący we wnętrzu pomieszczenia chłód mają budzić skojarzenia z zamkniętymi ośrodkami imigracyjnymi. Mieszkający w Berlinie Różański odwołuje się do artystycznych interwencji Austriaka Loisa Weinbergera, który od lat 90. w swoich pracach wykorzystuje rośliny ruderalne. W przestrzeń miejską – strefę pod stałą kontrolą ogrodników i zarządów zieleni – wprowadza chwasty. W 1997 r. podczas wystawy Documenta X w Kassel na torach przy peronie posadził kilkaset gatunków roślin z Europy Wschodniej i Południowej. Zaś w centrum Hamburga w tym samym celu usunął fragment chodnika, spomiędzy połamanych zaczęły wyrastać chwasty. – Stosunek do roślin mówi wiele o naszym społeczeństwie. Pojęcia chwastu, porządku i estetyki w mieście nie są obiektywne – mówił Weinberger w jednym z wywiadów na początku XXI wieku. Migranci w odbiorze wielu też są zaburzeniem ładu – społecznego i estetycznego, zakłóceniem uporządkowanej, stałej struktury społeczeństwa. Roślinne metafory Weinbergera obecnie wydają się jeszcze bardziej aktualne.

W Warszawie epilog do dyskusji o obcych roślinach dopisuje przede wszystkim pogoda. – Taka susza, że wszystko zdycha – stwierdza Adam, wskazując na trzy skarlałe łodyżki nawłoci kanadyjskiej, która w normalnych warunkach rozpełzłaby się po całej skarpie.

Dodaj komentarz

-->