Ciemno się robi coraz szybciej i chłodniej też jakoś wieczorami. Ale – co zrobić? – przemieszczać się trzeba, a rower tańszy i szybszy niż komunikacja miejska. Spodnie więc wpuszczam w skarpety, kaptur zakładam na łeb, rękawiczki na łapy, a słuchawki na uszy i ruszam. Z Mokotowa na Czerniaków niedaleko, zatem nie ma co się rzucać na jakiś album, który będzie trzeba przerwać w połowie; EP-ka będzie idealna.
Kwaśny, syntetyczny pływ odkształca prostą zazwyczaj ulicę Puławską, podniosłe, groźne wręcz klawiszowe akordy każą z niepokojem zerkać w boczne uliczki, a nogi niepostrzeżenie zaczynają gonić pewny, miarowy rytm pędzący w tempie ponad 140 bpmów. Kiedy dojeżdżam do Agrykoli i puszczam się lecącą prosto w dół, słabo oświetloną alejką, acidowy wir rozpędza się jeszcze bardziej, a ja dopiero po chwili orientuję się, że nie włączyłem świateł i pewnie nie widziałem kątem oka tych dziwnych kształtów wyłaniających się spomiędzy drzew. Pałac w Łazienkach majaczy z daleka, kiedy w słuchawkach odzywają się cyfrowe popiskiwania, a stłumionym, tonącym w reverbach bębnom udaje się okiełznać niedawny rwetes, gdy gubię prędkość na płaskiej już, końcowej części ulicy. Perkusyjne przetworzenia wraz z omiatanymi snopem lampki prętami parkowego płotu pogrywają sobie z moją percepcją, kiedy ze Szwoleżerów skręcam w 29 Listopada.
Jeden z tamtejszych, niskich, czteropiętrowych bloczków odróżnia od reszty jego twardy, chuligański sznyt. Antysystemowe hasła znaczą teren, mordeczki siedzą na ławce, a prowadzona krzykiem rozmowa idealnie wpisuje się w mroczny, techniczny krój kolejnego numeru.
Kiedy zbliżam się do Czerniakowskiej, ze słuchawek zaczynają wydobywać się mniej obco brzmiące tony – organiczne perkusjonalia układają się w tropikalne wręcz partie, co natychmiast ociepla chłodny, jesienny wieczór, a basowe stopy mile łechcą bębenki. Ale gdy wyskakuję na sześciopasmówkę, wszystko znów się dehumanizuje i spływa kwasem. Rozstrojone syntezatory współgrają co prawda z trybem jeżdżenia wielu nocnych kierowców, a mechaniczny groove oddaje pulsację miasta, lecz ilość metalicznych przydźwięków zmienia mnie w odwracające się co chwilę i rozglądające na boki jednośladowe zagrożenie na drodze. Zatrzymuję się więc na kilka minut przed końcem tej EP-ki.
Nie bez kozery bowiem nadaktywny ostatnimi czasy Richard D. James zbiór swoich dawnych numerów określił mianem didżejskich. Tylko na parkiecie te kilka Aphexowych „sierotek” ma szansę w pełni objawić swój narkotyczny, psychodeliczny potencjał, a dzięki dobremu nagłośnieniu i pełnemu skupieniu można docenić potęgę i krystaliczność ich brzmienia.
AFX
„Orphaned Deejay Selek 2006-2008”
Warp Records

