O tym, jak bardzo zdewaluowała się marka „Janet Jackson”, niech świadczy fakt, że (sprawdzone!) dzisiejszym 25-latkom kojarzy się ona przede wszystkim ze skandalikiem wywołanym podczas Super Bowl w 2004 r. To wtedy Justin Timberlake, tańcząc z Janet, oderwał kawałek jej kostiumu, pozwalając tłumowi zobaczyć nagą pierś artystki. A przecież przez ostatnie dwie dekady minionego wieku była to istna torpeda artystyczna. Sukces komercyjny Janet wykorzystała do promocji ruchów równościowych, a także otwarcia publiczności na dyskurs o seksualności, nie przekraczając nigdy granicy między erotyzmem a epatowaniem nagością. Przyznaję jednak, że nie najlepsza (oględnie mówiąc) jakość jej ostatnich dokonań pozwoliła mi postawić na JJ krzyżyk. Niesłusznie.
„Unbreakable” pozwala Żanecie wrócić na należne jej miejsce – na szczyt. Jak zwykle kluczem są piosenki. I to piosenki bardzo oszczędne. Mało tu fajerwerków, modnego obecnie w czarnych kręgach synkopowanego brzmienia, rytmicznych udziwnień. Ba, Janet oparła się również pokusie sięgnięcia po muzykę stricte taneczną spod znaku Davida Guetty czy innego Avicii. A patrząc na obecne dokonania Ushera czy innych młodziaków, którzy artystkę wymieniają wśród swych największych idoli, wydawało się to najprostszą z dróg, która pomogłaby zdobyć najmłodsze pokolenie słuchaczy.
W przeciwieństwie jednak do Madonny, która zjeżdża równią pochyłą z prędkością światła, Jackson bawi się z powodzeniem w „stare”
Soulowe ballady brzmią więc jak soulowe ballady (numer tytułowy, „After You Fall”, „No Sleep”), gorące czarne rytmy nie biorą jeńców (nagrany z udziałem Missy Elliot świetny „BURNITUP!, „2Burn”), pop jest aż (i po prostu) popem (moje ulubione „Shoulda Known Better”, które w swym repertuarze mogłaby umieścić Ellie Goulding czy „Take Me Away”). Wymieniać można bez końca, bo słabych punktów po prostu tu brak. I chyba po raz pierwszy siostra tak bardzo przypomina brata – „The Great Forever” jest tego najmocniejszym dowodem, podobieństwo niemal 1:1. „Unbreakable” to najlepsza płyta Janet Jackson od czasów „The Velvet Rope” z 1997 r., krążka, który plasuje się w czubie podsumowań najważniejszych „czarnych” dokonań wszech czasów.

